Doznanie awangardowych poszukiwań w otoczeniu śpiewnych melodii
Kultowy status wielu płyt jest dla mnie często niepodważalny, gdyż zawarte na nich dźwięki z miejsca zabierają mnie do odrealnionego, wręcz bajkowego świata. Długą drogę do mojego serca przebył jednak wysublimowany album zespołu Radiohead, zatytułowany Kid A, wydany w 2000 roku. Kiedy nieoczekiwanie na dobre oswoiłam się z tymi dźwiękami, obecnie nie wyobrażam sobie bez nich życia.
Niebagatelną rolę w zmianie mojego podejścia do Kid A odegrali Łukasz Konatowicz i Tomasz Kutera, prowadzący wspaniały podcast Pop Milenialnie. W jednym z odcinków opowiedzieli o nim w sposób tak inspirujący, że nie pozostało mi nic innego, tylko porzucić wcześniejsze uprzedzenia i posłuchać owego wydawnictwa z zupełnie nowym podejściem. Być może to nie do uwierzenia, ale podczas rzeczonego odsłuchu poczułam się tak, jakbym obcowała z płytą Kid A po raz pierwszy, a odstraszające mnie niegdyś środki wyrazu same zaczęły zachęcać do głębszego poznania. Choć mam świadomość, że o zaanonsowanym wydawnictwie napisano już niemal wszystko, nie mogę oprzeć się pokusie dodania od siebie skromnej cegiełki na jego temat.
Od razu uprzedzam, że w dużej mierze skoncentruję się na wokalno-instrumentalnych aspektach albumu Kid A, należy jednak zauważyć, że wszystkie teksty mają w sobie namacalny pierwiastek surrealizmu, choć obcujemy tu również z czytelnymi, osobistymi rozterkami podmiotu lirycznego. Cóż natomiast skrywa muzyka? Całość rozpoczyna transowe, oparte na prostym schemacie akordowym Everything In Its Right Place. Do dźwięcznych, robotycznych płaszczyzn klawiszy rychło dołączają postrzępione wokalizy Thoma Yorke’a. Kilka sekund później wtórują im majestatyczne powtórzenia wyrazów: „kid A”, które użyczyły tytułu całej płycie. Podbijają je maszynowe, elektroniczne motywy. Zaraz potem ów konglomerat barw upiększa główna melodia. Zwracam w niej baczną uwagę na dostojne, kwartowe skoki, okalające słowo „everything”, przyciemnione szeleszczącym artykułowaniem przez wokalistę zbitki głoskowej „th”. Z kolei wyrazy: „right place” spowija melancholia najmniejszej odległości pomiędzy dźwiękami, czyli półtonu. Następnie linię melodyczną nabudowują motoryczne salwy repetowanych dźwięków, które wykonawca przedziela donośnymi, nieco teatralnie nabieranymi oddechami. Ze stereofonicznie rozprzestrzeniającej się gęstwiny wokalnych warstw łapczywie wyławiam opadające motywy na słowach „tried to say”. Tytułowy utwór, czyli Kid A, imponuje liryzmem dzwoneczkowych, klawiszowych warstw. Metaliczność jednej z nich kojarzy mi się z fortepianem preparowanym, którego specyficzne brzmienie wynika z wkładania pomiędzy struny owego instrumentu różnych przedmiotów. Mglistą aurę klawiszowo-elektronicznych płaszczyzn gwałtownie przerywa zautomatyzowany wokal. Z lekka nienaturalne, wręcz skomputeryzowane dźwięki Yorke’a mają w sobie przenikliwość jaskrawego tembru wokalisty i układają się w nostalgiczną melodię. Śpiewność przystępnych sekund i tercji podkreśla zamglone legato, uwydatnione dzięki onirycznym glissandom (płynnym prześlizgnięciom pomiędzy dźwiękami). Gęsty, poszarpany rytm jest tu zasługą zamaszystych stukotów perkusji, a szczyptę mroku oferuje bas, nasycony niskimi częstotliwościami. Jasny snop światła, przedostający się gdzieniegdzie na powierzchnię, zapewniają długie, powoli wybrzmiewające motywy klawiszy, swoją barwą imitujące instrumenty smyczkowe. Katarynkowa melodia, której nagłe zmiany nastroju determinuje obecność witalnych tercji wielkich oraz tęsknej melancholii małych tercji, inicjuje kosmiczną pieśń, zatytułowaną The National Anthem. Zasygnalizowany, jakże charakterystyczny riff został zaintonowany na basie, udekorowany perkusyjnymi szmerami wespół z przenikliwymi, klawiszowymi pohukiwaniami. Tę statyczną paletę barw znienacka zakłócają egzotyczne dysonanse, kreujące uroczyste, hymniczne melodie. Z nośnej partii wokalnej wyłuskuję choćby radosną tercję, otaczającą wyraz „near”. Nowa myśl muzyczna pojawia się wraz z nadejściem charakterystycznych, klaksonowych motywów saksofonu. Oparte są one naprzemiennie na powtarzanych dźwiękach oraz rozległej, wzbudzającej niepokój odległości septymy małej. Z kolei instrumenty dęte blaszane (reprezentowane przez trąbki i puzony) raczą nas kanonadami szaleńczych półtonów. Przez ten wielopłaszczyznowy zgiełk z trudem przedzierają się wokalne pokrzykiwania. Po chwili wraca początkowy riff basu, tym razem ozdobiony zgrzytami sekcji dętej, która następnie wiedzie prym, zaskakując szorstkimi, awangardowymi współbrzmieniami. Wydawać by się mogło, że owe rozdzierające skowyty zwieńczą opisywaną kompozycję, co ciekawe jednak, zakończenie należy do słyszalnej z oddali, hejnałowej melodii, skontrastowanej z trudnymi do jednoznacznego, słuchowego zidentyfikowania, chropowatymi trzaskami.
Po tych szaleńczych popisach, następny utwór jest prawdziwym ukojeniem. To zresztą najbliższa mi kompozycja na płycie Kid A, ballada How To Disappear Completely, której poświęcę osobny akapit. Wprawdzie pisałam już o zasygnalizowanym utworze, kiedy pochylałam się nad najważniejszymi dla mnie dziełami Radiohead, teraz jednak przybliżę go bardziej detalicznie. Tekst to gorączkowe poszukiwanie azylu, a podmiot liryczny bezpośrednio może być tu utożsamiany z wokalistą grupy, utrudzonym pędem koncertowego życia w blasku fleszy. Wielokrotnie powtarzaną, rozdzierającą frazę: „I’m not here” zaproponował muzykowi Michael Stipe z zespołu R.E.M.. Wstęp instrumentalny wpierw należy do iście filmowego, dysonującego współbrzmienia smyczków, których wykwintne partie w całym utworze pieczołowicie zaaranżował gitarzysta grupy – Jonny Greenwood, inspirując się twórczością Krzysztofa Pendereckiego. Wszystkie smyczkowe pejzaże wykreowała tu Orchestra of St John’s. Do wspomnianej przed momentem symfonicznej płaszczyzny rychło dołączają posuwiste akordy gitary akustycznej, będące znakiem rozpoznawczym opisywanej piosenki. Smyczkowym glissandom oraz dysonansom towarzyszy ponadto motoryka śpiewnych, czterodźwiękowych motywów basu. Linia melodyczna Thoma Yorke’a płynie niespiesznie, oczarowując przystępnymi, tercjowymi skokami na początku lapidarnych fraz. Długie dźwięki cechuje powolne rozedrganie, a opadający, zwiewny ornament otula na przykład wyraz „me”. Z czasem konglomerat intymnych, instrumentalnych płaszczyzn urozmaica perkusja, urzekając statycznymi uderzeniami oraz wytwornymi szelestami tamburynu. Gdy znacznik czasu precyzyjnie odmierzy trzecią minutę, do głosu dochodzą fale Martenota, czyli elektroniczny instrument, generujący mgliste, bajeczne dźwięki. To swoisty hołd Jonny’ego Greenwooda, złożony genialnemu kompozytorowi muzyki klasycznej – Olivierowi Messiaenowi, który często używał zasygnalizowanego instrumentu w swoich dziełach. Apogeum ekspresji wokalnej następuje w 4’37’’ analizowanego nagrania, gdy Thom Yorke raczy nas rozłożystym, oktawowym skokiem na słowie „here”. Zaraz potem śpiewne wokalizy kontrastują z wielowarstwowymi, smyczkowymi dysonansami, które moim zdaniem perfekcyjnie obrazują wewnętrzne rozchwianie narratora całego dzieła. Utwór kończy się jednak spokojnie, rozczulając malowniczością śpiewnych glissand smyczków.
Tubalne, choć niepozbawione rozmarzenia warstwy klawiszy kształtują instrumentalną, fascynującą ambientowym sznytem kompozycję Treefingers. Wytwarzają one frapujące połączenia akordowe, ubarwione pierwszoplanową rolą łkających, wysokich dźwięków gitary, zagranych przez Eda O’Briena. Jeden z najbardziej piosenkowych utworów na recenzowanej płycie, posiadający klarowną, zwrotkowo-refrenową formę, nosi w kontekście poruszanych treści raczej przewrotny tytuł Optimistic. Robotyczny chłód należy tu do szorstkich motywów gitary. Symetryczne frazy wokalne nierzadko nabudowują sekundowe odległości oraz repetycje pojedynczych dźwięków. W refrenie uderza jaskrawość wysokiego rejestru wokalu, podbita czarem śpiewnego legata. Przerywniki instrumentalne wypełnia gitara, grająca szereg celowo postrzępionych akordów, a także na wskroś katarynkowe klawisze, które w drugiej zwrotce efektownym kontrapunktem wzbogacają partię wokalną. Ozdobą rzeczonej zwrotki jest wytworny ornament na słowie „animals”. Nie brakuje też w całym utworze melancholijnych wokaliz, które Thom Yorke każdorazowo wykonuje niezwykle precyzyjnie. Przenikliwe jęknięcie wprowadza nowy fragment, gdzie przez chwilę prym wiodą transowe współbrzmienia sekcji rytmicznej i gitary, uskuteczniające barwną improwizację na kanwie głównej linii melodycznej. Kompozycję In Limbo wyróżnia ekspresja stałego pulsu, urzeczywistniona już podczas początkowych uderzeń perkusji, jak również klawiszowych stukotów. Mglisty wokal znakomicie wtapia się w konglomerat instrumentalnych barw, którego niezmienną oś stanowią trzydźwiękowe, figlarne motywy gitary, oparte na rozłożonych akordach. Z czasem głos wokalisty wysuwa się na pierwszy plan, a bliskie, sekundowo-tercjowe odległości kontrastują z rozległymi, większymi skokami. W kulminacji wokalne warstwy przybierają na sile, ustępując za chwilę miejsca kosmicznym szumom i warkotom, definitywnie przypieczętowującym utwór.
Industrialny chłód piosenki Idioteque wyznaczają elektroniczne stukoty. Następnie dołączają do nich złowrogie, raptownie zgłaśniane powarkiwania klawiszy. Przystępna partia wokalna olśniewa melodyjnymi, tercjowymi skokami, ale też uporczywymi repetycjami pojedynczych dźwięków. Ich pogodny charakter kontrastuje z wszędobylską, instrumentalną motoryką. Wokalne legato tylko chwilami przyciemniają ekspresyjne dźwięki, zadziornie przyprószone gardłową chrypką. W refrenie Thom Yorke teatralnie wydłuża poszczególne motywy melodyczne, intonując je wręcz quasioperowo i upiększając wykwintnymi ornamentami. Podczas mantrycznego, instrumentalnego fragmentu do głosu dochodzą przenikliwe, syntetyczne dysonanse. Z owych mrocznych płaszczyzn gdzieniegdzie wyłaniają się lapidarne frazy wokalne, znikające jednak zupełnie w gąszczu kulminacyjnego, chrapliwego warkotu, którego chybotliwe, raptowne zgłośnienia stanowią pomost między tym a kolejnym dziełem. Morning Bell, o którym mowa, urzeka fanfarowymi terkotami perkusji, jak również dzwoneczkowymi, zadumanymi pejzażami klawiszy. Słyszalna na pierwszym planie linia melodyczna obfituje w niewielkie, śpiewne odległości pomiędzy dźwiękami. Rozjaśniają ją wysokie rejestry, perfekcyjnie uwalniające się na słowach: „release me”. W pewnym momencie gładką melodyjność zakłócają ruchliwe i szorstkie płaszczyzny klawiszy. Garść wokalnych warstw, podbitą instrumentalnymi motywami, z czasem oplata gęste echo, a łagodne domknięcie należy do klawiszowych dzwoneczków oraz statycznych, kostropatych dźwięków basu. Wyróżnikiem utworu Motion Picture Soundtrack są hejnałowe, radosne, przepełnione majestatem współbrzmienia organów, odrobinę dźwiękowo kojarzące się z akordeonem. Na ich tle wokalista snuje łagodną, malowniczą melodię, w której po raz kolejny dominują nobliwe, sekundowe odległości. Nieco później ów kameralny anturaż instrumentalny wzbogacają bajkowe, rozłożyste pejzaże harfy. Wzmacniają je z czasem syntetyczne pohukiwania. Kwieciste, harfowe glissanda roztaczają przed nami niebiańską aurę aż do definitywnego zwieńczenia utworu. Jeśli słuchamy recenzowanego wydawnictwa na fizycznym nośniku, po dwóch minutach ciszy następuje niejako kontynuacja powyższej pieśni. Zasygnalizowana miniaturka została tu określona mianem Untitled. Tworzą ją syntetyczne, raptownie zgłaśniane trzepoty, swą subtelnością serwujące odbiorcom bezpieczne, miękkie lądowanie.
Dlaczego płytę Kid A formacji Radiohead można nazwać dziełem bezprecedensowym? Moim zdaniem dowodów na obronienie postawionego przeze mnie pytania jest co najmniej kilka. Mamy tu przede wszystkim do czynienia z wydawnictwem, stworzonym przez prawdziwych muzycznych erudytów. Łączą się tu ze sobą często odległe od siebie stylistyki. Robotyczność jest zasługą zautomatyzowanych, elektronicznych płaszczyzn, jazzowa proweniencja cechuje ostre, awangardowe fragmenty, bazujące na improwizacji, rockową ekspresję słychać w hałaśliwych, przesterowanych dźwiękach gitary, podbitych motorycznym pulsem sekcji rytmicznej, a popowa lekkość tkwi w śpiewnych, przebojowych partiach wokalnych. Mam świadomość, że poświęciłam szczególną uwagę walorom stricte melodycznym. Chciałam tym samym uhonorować liryczny tembr głosu Thoma Yorke’a, który nie przestaje zachwycać mnie jaskrawością wysokich rejestrów, chłodem wielowarstwowej maszynowości, bajecznymi wokalizami, a także aksamitnym ciepłem zamglonego legata, miejscami zaostrzonego żarliwą chrypką. Warto jednak mieć na względzie, że każdy instrumentalista mógłby doczekać się osobnego eseju na temat niekwestionowanego, dźwiękowego wkładu w album Kid A. Pod gęstą powłoką ambientowych przestrzeni i dysonujących współbrzmień skrywa się poruszająca do głębi melodyjność, którą determinują bliskie odległości pomiędzy dźwiękami, takie jak sekundy oraz tercje, incydentalnie skontrastowane z podniosłością większych (najczęściej kwartowych) skoków. Nieodłączny atrybut Kid A stanowi melancholia, podkreślona emocjonalnym rozedrganiem, można z niej jednak wyłuskać iskierki nadziei. Ich tropienia życzę wszystkim, którzy gotowi są odbyć tę odrealnioną, kosmiczną podróż z uruchamiającymi wyobraźnię, dźwiękowymi impresjami sprzed dwudziestu pięciu lat.



