Doznanie bezkresnego piękna celtyckiej legendy
Wiem, że o niektórych albumach napisano już niemal wszystko i z pewnością (obchodząca przed dwoma laty czterdziestolecie) płyta Legend irlandzkiego zespołu Clannad została już recenzencko odmieniona przez wszystkie muzyczne przypadki. Postanowiłam jednak dołożyć coś od siebie, gdyż owe dźwięki wciąż przenoszą mnie do malowniczej, bajkowej krainy.
Filarem grupy Clannad jest utalentowana muzycznie rodzina Brennanów, a zatem nazwę zespołu nieprzypadkowo można przetłumaczyć jako klan, a więc rodzina. Baśniowe i dostojne piosenki z albumu Legend zasiliły ponadto ścieżkę dźwiękową kultowego w pewnych kręgach serialu Robin of Sherwood. Doszłam jednak do wniosku, że opiszę te utwory w oderwaniu od stricte serialowego kontekstu, koncentrując się na ich wykonawczych walorach.
Podniosłe rozpoczęcie płyty Legend jest zatytułowane Robin The Hooded Man. Przeplatają się tu dwie melodie – instrumentalna oraz wokalna. Liryczne, klawiszowe płaszczyzny łagodnie wprowadzają pierwszą z nich. Syntetyczne motywy wyróżnia choćby hymniczny, kwartowy skok pomiędzy siódmym a ósmym dźwiękiem owej melodii. Z kolei wokalny odcinek nabudowują miarowe, monumentalne chóry, refrenicznie repetujące tytułowy szlagwort. Z warstwy instrumentalnej wyławiam również chrapliwe płaszczyzny kontrabasu oraz marszowe terkoty perkusji. Mroczną aurę całości rozjaśniają perliste kropelki klawiszowych dzwoneczków.
Osobnym akapitem chciałabym uhonorować najbliższy mi utwór na recenzowanym wydawnictwie, zatytułowany Now Is Here. Medytacyjne, hejnałowe pejzaże klawiszy z czasem dublują iście celtyckie, fletowe ornamenty. Motywiczną symetrię często przypieczętowują śpiewne, kwintowe oraz kwartowe skoki. Nie brakuje też mglistych przestrzeni, imitujących instrumenty smyczkowe, a także wszędobylskich, łkających dzwoneczków klawiszy. Tekst celebruje ulotność przemijających chwil, skłaniając do radowania się tym co tu i teraz, a nośnikiem bajecznego nastroju jest na przykład fraza: „the fantasy and you”. W zwrotkach, upstrzonych quasiśredniowiecznymi, sekundowymi odległościami, prym wiedzie przesiąknięty matowością, żeński wokal. Jego posiadaczką jest Moya Brennan, której kojący, lekko klasycyzujący głos silnie podkreśla przystępność linii melodycznej. Najniższe dźwięki oplatają spowity ciemnością i wokalnym zapowietrzeniem wyraz „darkness”, stanowiący wyróżnik pierwszej zwrotki. Refren kształtują lapidarne wersy, z których wyłuskuję tytułowe wyrazy. Podczas ich wybrzmiewania melodia stopniowo wznosi się. Dla kontrastu na słowach „here is now”, linia melodyczna z gracją opada, a śpiewność zwięzłych motywów wzmaga frywolna wokaliza, repetująca sylabę „na”. Owym chóralnym przestrzeniom towarzyszą metaliczne dźwięki gitary akustycznej, jak również nasycone niskimi częstotliwościami płaszczyzny kontrabasu. Gdy wybrzmi druga zwrotka wespół z refrenem, naszym uszom ukazuje się formalne zaskoczenie w postaci iście rockowej, dwuwarstwowej solówki gitary. Gościnnie wykonał ją zmarły w 2023 roku gitarzysta Pat Farrell. Jego chrapliwe, bluesowe motywy oczarowują wirtuozowskimi ornamentami oraz barwnymi improwizacjami na kanwie głównej melodii. Domykające utwór gitarowe kanonady rozjaśnia marzycielska plama dźwiękowa syntetycznych smyczków.
Najdłuższe pod względem czasu trwania dzieło to niewątpliwie przepełniony tajemniczością Herne. Chóralne, statyczne pejzaże klawiszy oczarowują miękkością, a także raptownym zgłaśnianiem. Zaraz potem odzywają się przenikliwe, szorstkie motywy, przesiąknięte robotycznym chłodem. Ocieplają je aksamitne współbrzmienia harfy, a całość w rytmicznych ryzach trzyma równomierny puls perkusji. Liryczna partia wokalna składa się z krótkich odcinków, naszpikowanych nobliwymi, sekundowymi odległościami. Utwór płynie niespiesznie, zachwycając gęstwiną wielobarwnych odcieni różnorodnych dzwoneczków, a także tęsknymi, onirycznymi wokalizami. Kompozycję Together We kreują wykwintne, wielogłosowe współbrzmienia. Celtycką żarliwość wprowadzają masywne motywy klawiszy, szorstkie dźwięki gitary akustycznej oraz niebiańskie, harfowe pejzaże. Z czasem do tego konglomeratu barw dołączają zwiewne, fletowe ornamenty. Nieco później słychać z oddali ludzkie głosy, ale też grzmoty, czy może bardziej wystrzały, powodujące grozę. Zwycięża jednak promienisty sznyt powracającej jak bumerang, instrumentalnej melodii, złożonej zarówno z ascetycznych sekund, jak i podniosłych kwart. W pełni instrumentalna kompozycja Darkmere zachwyca gęstwiną barwnych współbrzmień przenikliwych motywów klawiszy, chrapliwych dźwięków gitary akustycznej i finezyjnych szelestów tamburynu. Słyszalną na froncie klawiszową melodię stanowią tym razem nie tylko sekundowe odległości, lecz także melancholijna śpiewność katarynkowych tercji oraz hymniczność kwart. Atrybutem piosenki Strange Land są krystalicznie czyste dźwięki harfy, przeciwstawione chropowatym motywom kontrabasu i klawiszy. Wykwintne wielogłosy wokalne układają się w nobliwe linie melodyczne. Lapidarne refreny urzekają podniosłością kwartowych skoków, z galanterią okalających tytułowe wyrazy. Warto również zwrócić uwagę na ascetyczny puls perkusji, podbity kostropatymi płaszczyznami gitary akustycznej.
Iście rycerskie, gitarowo-klawiszowe akordy ekspresyjnie inicjują piosenkę Scarlet Inside. Oniryczna, wielogłosowa melodia wokalna ma w sobie motorykę repetowanych dźwięków oraz szlachetność skomplikowanych wykonawczo kwartowych odległości, słyszalnych na przykład w wyrazach: „every sound”. Rozmarzone odcinki wokalne często dopełniają klaksonowe motywy klawiszy, perfekcyjnie imitujące instrumenty dęte. Od drugiej zwrotki perkusja raczy nas miarowością tubalnych uderzeń. Klawiszowa solówka olśniewa zwiewnością finezyjnych ornamentów oraz zgrzytliwością wysokich rejestrów. Z czasem stanowi ona intrygującą kontrmelodię względem wokalnych wersów. Kulminacyjne kaskady klawiszowych popisów definitywnie kończą opisywane dzieło. Balladową aurę instrumentalnej kompozycji Lady Marian zapewniają bajkowe, krystalicznie czyste współbrzmienia harfy, po chwili oferujące palmę pierwszeństwa chwiejnym, celtyckim ozdobnikom fletu. Powyższy instrument prowadzi wówczas przystępną linię melodyczną, przesiąkniętą sekundową podniosłością i tercjową melancholią. Na początku niektórych fraz obydwa instrumenty wzajemnie się dublują, tworząc przestrzenne, niebiańskie współbrzmienia. Pozostajemy w kręgu instrumentalnych dzieł za sprawą żwawej miniaturki Battles. Wszechobecny mrok wyznaczają tu posępne stukoty bębna. Rychło dołączają do nich burzliwe, szorstkie dźwięki gitary akustycznej wespół z kontrabasem, intonujące ognistą melodię. Jej muzycznym wyznacznikiem ponownie są sekundowe odległości, rodem ze średniowiecznych kompozycji. Witalny epilog recenzowanej płyty nosi tytuł Ancient Forest. Najpierw słychać szereg uroczystych akordów, które już za moment staną się akompaniamentem względem subtelnej melodii wokalnej. Moya Brennan po raz kolejny ujmuje lekkością dyskretnych ornamentów, śpiewnością sekund, tercji, a nawet kwint, jak również wytwornym zawisaniem na pojedynczych dźwiękach, domykających poszczególne frazy. Rolę powtarzanego refrenu pełnią rozmarzone wokalizy oraz witalne motywy fletu, z których ochoczo wyławiam pogodne, kwintowe odległości w kierunku wznoszącym. Tak świetliste zakończenie płyty sprawia, że finał tej mistycznej legendy napełnia mnie bajkowym ciepłem i podnoszącą na duchu nadzieją.
Album Legend irlandzkiego zespołu Clannad to tajemnicza, celtycka opowieść, namalowana anielskimi melodiami, kunsztownymi harmoniami wokalnymi i różnorodnymi kolorami instrumentalnymi. Perkusja oraz kontrabas uskuteczniają miarowy puls, gitara akustyczna zapewnia szorstkie, z lekka blaszane współbrzmienia, klawisze często wzorcowo imitują sekcję smyczkową oraz dętą, a folkowo-klasycyzujący sznyt należy do fletowych ornamentów, jak również niebiańskich przestrzeni harfy. Ten legendarny, fonograficzny klejnot z 1984 roku jest moją ulubioną płytą zaanonsowanej grupy, gdyż przez tych niewiele ponad trzydzieści minut mogę namacalnie poczuć bezkresne piękno tęsknych, przesiąkniętych natchnionym liryzmem utworów.


