Biały album The Beatles
Płyty

Doznanie brzmienia Białego Albumu

9 stycznia 2019
Doznanie, którym chciałabym się z Wami podzielić, miało miejsce 8 listopada 2018 r. w Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej. Nie był to jednak koncert, ale audiofilski odsłuch z okazji 50. rocznicy wydania Białego Albumu The Beatles.

Na wstępie szczerze zaznaczę, żeby nie było żadnych wątpliwości: moim zdaniem nie ma i chyba już nie będzie lepszego zespołu niż Beatlesi. Powodów jest wiele: dbałość o brzmienie, utwory zapadające w pamięć od pierwszego usłyszenia, przekraczanie muzycznych granic, jak też sama więź, łącząca te cztery indywidualności, a nawet pięć, jeśli za piątego Beatlesa uznamy George’a Martina. Choć w zremasterowanych płytach wielkiej czwórki z Liverpoolu rozsmakowuję się od dnia moich osiemnastych urodzin, dopiero teraz, przy odsłuchu Białego Albumu poczułam, że przynajmniej jedną jego część udało mi się w pełni przeżyć.

Dlaczego tylko jedną? Na tym polegał urok całego wieczoru: pierwszy album dwupłytowego wydawnictwa zabrzmiał z nośnika winylowego, drugi natomiast z kompaktowego. Za jakość brzmienia odpowiadał wysokiej klasy, audiofilski sprzęt firmy, której przedstawiciel zasiadał wśród słuchaczy.

Chciałabym jednak zacząć moją relację od samego początku, czyli niezwykle emocjonalnej, a jednocześnie konkretnej i merytorycznej zapowiedzi Piotra Metza. Od razu dodam, iż redaktorowi temu zawdzięczam swoją dozgonną miłość do Beatlesów. Dziennikarz Trójki mówił między innymi o tym, że Biały Album to bodaj najbardziej tajemnicza płyta w dyskografii zespołu i każde kolejne jej odsłuchanie zapewnia nowe muzyczne odkrycia. Wiedziałam, że to prawda, choć czekałam na jej potwierdzenie. Gdy Metz wprowadzał publiczność w Beatlesowski klimat, prezentując np. teledysk do Hey Jude, byłam już gotowa na dobre oddać się winylowej odsłonie płyty pierwszej.

Zremasterowanie albumu na nowo, czy może jakość sprzętu… do tej pory nie wiem, co sprawiło, że niektóre partie instrumentalne były uwypuklone bardziej niż w znanych mi wersjach. Wiele elementów odkrywałam po raz pierwszy. W otwierającym płytę Back in the U.S.S.R. zwróciłam uwagę na rytmiczną, wręcz perkusyjną partię fortepianu, zwieńczoną ostrymi, wysokimi dźwiękami. Z kolei w BlackbirdDear Prudence moja uwaga skoncentrowała się na partiach wokalnych McCartneyaLennona. Czułam się tak, jakby stali naprzeciwko, śpiewając tylko dla mnie. Niezwykle barwne upiększenie instrumentami smyczkowymi takich piosenek jak Glass Onion czy Piggies wydało mi się jeszcze bogatsze niż wcześniej: wreszcie mogłam wsłuchać się w pojedyncze melodie. W Piggies kunsztownie zabrzmiała lekka i finezyjna partia klawesynu.

Nie należy zapominać, że siłą The Beatles zawsze było śpiewanie wielogłosowe. W tej kategorii niekwestionowanymi liderami okazały się utwory Happiness is a Warm Gun oraz The Continuing Story of Bungalow Bill, gdzie szczególnie poruszyła mnie krótka solówka zaśpiewana dziecięcym głosem. Śpiewający musiał być obdarzony niezwykłym słuchem: wszystkie dźwięki wykonał z nienaganną precyzją. Donośność brzmienia to z kolei specjalność piosenki Why Don’t We Do It in the Road. Zamykająca płytę Julia stanowi natomiast kwintesencję liryzmu i chociaż natężenie dźwięku było niewielkie, Julię słyszałam tak wyraźnie, jakby grano ją na żywo, tuż obok.

Pomimo ogromnego szacunku, jakim zawsze darzyłam jakość winylową, różnica względem kompaktu przerosła moje wszelkie wyobrażenia. Nawet audiofilski sprzęt nie zatuszował kompaktowego braku przestrzeni, ściśniętego dźwięku i niemożności wsłuchania się we wszystkie detale pojedynczych partii instrumentalnych.

O ile jeszcze w balladach takich jak Good Night czy Cry Baby Cry można było dostrzec śladowe ilości tej magicznej przestrzeni, obecnej na winylu, o tyle np. Helter Skelter, Honey Pie czy Revolution 9 zabrzmiały po prostu płasko; niewyczuwalne były większe różnice w zakresie dynamiki (siły natężenia dźwięku).

Odsłuch Białego Albumu The Beatles uświadomił mi, jak ważny jest sprzęt, na którym odkrywamy wszelkie muzyczne treści. Czasami lepsze jest wrogiem dobrego i trochę szkoda, że dziś nie słuchamy już wszyscy płyt z gramofonów. Może wtedy większość muzycznych subtelności miałaby szansę zabrzmieć po prostu pełniej, piękniej i naturalniej.

TAGS
Agata Zakrzewska
Warszawa, PL

Muzyka jest moją największą pasją, gdyż żyję nią jako słuchaczka, ale też wokalistka, wykonując przede wszystkim piosenkę literacką i poezję śpiewaną z własnym akompaniamentem fortepianowym. Cenię piękne i mądre teksty, zwłaszcza Młynarskiego, Osieckiej czy Kofty.