Płyty

Doznanie dekadenckiej goryczy wśród bajkowej słodyczy

21 listopada 2025
Olbrzymie wrażenie zrobiła na mnie wydana ostatnio trzecia płyta duetu BAiKA, zatytułowana Czas końca złudzeń. Instrumentalna ekspresja znakomitego muzyka – Piotra Banacha oraz szeroki wachlarz możliwości wokalnych charyzmatycznej Katarzyny Figaj już nie po raz pierwszy skradły moje serce, dlatego z przyjemnością opiszę Wam to wydawnictwo w poniższych akapitach.

Kreatywna nazwa projektu BaiKA to rzecz jasna skrót od nazwiska Banach oraz pseudonimu Kafi, dla mnie jednak ma ona jeszcze drugie dno, swoistą bajkowość, którą dostrzegam w tej nietuzinkowej muzyce. Kantylenowa słodycz nośnych melodii kontrastuje tu z gorzkimi, przesiąkniętymi dekadencją tekstami, tym razem kunsztownie wytworzonymi głównie przez Kafi. Płytę Czas końca złudzeń dziarsko rozpoczyna Osobista kultura. Chrapliwe dźwięki gitary rozbrzmiewają na tle zautomatyzowanych, syntetycznych trzepotów. Melodie Piotra Banacha początkowo kształtują podniosłe sekundy, z czasem przeradzające się w szeregi śpiewnych, rozłożonych akordów. W tekście narratorka piętnuje przesadne dziękowanie i przepraszanie za wszystko ze strony bliskiej jej osoby. Linię melodyczną pierwszej zwrotki zdobią rozległe skoki, na przykład melancholijna seksta mała okala słowo „przepraszasz”. Niespodziewany, pogodny zwrot akcji następuje od słów: „kiedyś pojmiesz, że”, prezentując witalność durowej tonacji. Teatralna recytacja upiększa wyraz „dziękujesz”, repetowany na przestrzeni drugiej zwrotki. Liryczne odcinki wyróżniają natomiast przestrzenne chóry wokalne. Piosenkę Pytanie? charakteryzują przesterowane, gitarowe motywy, z których łapczywie wyławiam dostojne kwarty. W zwrotkach Kafi odrobinę kokieteryjnie repetuje czasowniki, takie jak: „piszę”, czy „oddaję”. Refren to natomiast dylematy: „dobrze robię, czy niedobrze”, ubrane w strojną szatę dźwiękowych powtórzeń. Refreniczne pytania wieńczą żwawe wokalizy na sylabie „ło”, incydentalnie „łu”. Muzyczną aurę rozgrzewają do czerwoności hejnałowe współbrzmienia klawiszy. Podczas ornamentalnych improwizacji wokalistka często zwiewnie zawisa na wysokich dźwiękach. Kamaryle to tytuł kolejnego utworu. Owo wyszukane słowo oznacza skłonne do egoistycznych działań towarzystwa wzajemnej adoracji, w dawnych wiekach skupione wokół królów. Symetryczne frazy nostalgicznych zwrotek dekorują gwałtowne, gitarowe akordy. Nieco później przebijają się też rozklekotane płaszczyzny klawiszy w wysokim rejestrze. Linię melodyczną kreują kanonady teatralnych glissand, czyli płynnych prześlizgnięć pomiędzy dźwiękami, wykonanych przez wokalistkę z niebywałą dystynkcją. Hałaśliwe pytanie „jak to jest”, spowijają imponujące długością, wwiercające się głęboko w umysł dźwięki, na samym końcu skontrastowane z onirycznymi wokalizami. Mogło być gorzej – marnie pociesza tytuł następnego dzieła, a jego koloryt brzmieniowy wyznaczają chłodne, robotyczne motywy klawiszy. Partia wokalna obfituje w teatralnie repetowane dźwięki. Nie brakuje też hymnicznych tercji, a udramatyzowany półton z gracją domyka tytułową frazę. Ponadto słychać lapidarne, marszowe dźwięki gitary, zaostrzające i tak już ekspresyjną linię melodyczną. Przystępny refren od słów: „słaniam się, chwieje”, urzeka mnie spektakularnymi, oktawowymi skokami, na przykład w wyrazie „bankrutuje”. Końcowy refren przeradza się w ozdobne improwizacje, w ramach których chwytliwe szlagworty rozbrzmiewają w nowych odsłonach melodycznych. Całość wieńczy nostalgiczne solo gitary, upstrzone funeralnymi półtonami.

Najbliższą mi kompozycją na recenzowanym albumie jest chwytający za serce i bajkowy Kopciuszek. Tekst mówi o napawaniu się zwyczajnością ulotnych chwil, z których po nitce do kłębka można utkać sobie schronienie, określone przez narratorkę mianem unikalnego pledu. Stworzenie takiego azylu jest jednak pracochłonne i pełne wątpliwości, urzeczywistnionych w retorycznym pytaniu: „czy jakiś jest sposób na przetrwanie”. Melodia wokalna roztacza przed nami najczystsze piękno, skryte zarówno we wznoszących, jak i opadających skokach o kwintę. Słychać je już w początkowych frazach, na słowach „obawiam”, czy „amen”. Motywujące czasowniki, takie jak „tkaj”, czy „zszywaj”, nabudowują tęskny refren, pełen perlistych, sekundowo-tercjowych odległości, tylko w zwieńczeniach fraz dopełnionych większymi skokami. Z akompaniamentu instrumentalnego ochoczo wyłuskuję łkające, klawiszowe płaszczyzny, domykające lapidarne, refreniczne wersy. Zwiewny ozdobnik oplata słowo „nitkę”, a drugą zwrotkę poprzedzają zadumane, gitarowo-klawiszowe pejzaże. Cały wachlarz możliwości głosowych Kafi dostrzegam choćby w niemal całkowicie wznoszącym motywie na słowach: „nasłuchałam się bajeczek”. Atrybutem ostatniej zwrotki są natomiast motywujące zdania: „cierpliwa bądź, swoje rób, końca czekaj”. Niewesołe pożegnanie, zatytułowane Pa, pa, inicjuje rockowa ekspresja gitarowych motywów. Z jej gęstwiny wyłania się imitacja sygnału połączenia telefonicznego, przerwanego machinalnie wypowiedzianymi słowy: „abonent chwilowo niedostępny”. Nerwowy słowotok wokalny z czasem przeradza się w leniwy strumień długich dźwięków. Kulminacyjne okrzyki: „poproszę wody”, ubarwiają jaskrawe, kwintowe skoki. Maszynowe, syntetyczne warstwy nabudowują kompozycję Katarzyna. Symetria sekundowej śpiewności otula melodię zwrotek, a złowroga, skomplikowana wykonawczo odległość septymy małej trzyma w ryzach tytułowe imię (zresztą tożsame z imieniem wokalistki), obecne w refrenie. Przed drugą zwrotką oraz na samym końcu piosenki z oddali słychać zamglone wokalizy, wykonane mormorando. Utwór Amatorka ujmuje mnie krystalicznością klawiszowych dzwoneczków, a także szczerością prostego szlagwortu: „bo to jest moje, moje, moje, o to martwię się i boję”. Jego początkowa odsłona prezentuje się złowieszczo, gdyż trzeci i czwarty dźwięk obejmuje rozległy, sekstowy skok, a całość stopniowo domyka opadający, rozłożony akord. Wokalnej zapalczywości w słusznej sprawie wtórują zamaszyste, gitarowe przestery oraz klawiszowa maszynowość. Gorliwą prośbę: „idźże w diabły” wokalistka finezyjnie kończy jękliwym glissandem. Po chwili tonacja zmienia się na durową, a figlarnym wokalizom odpowiadają katarynkowe, gitarowe motywy. Znany z początku piosenki, hasłowy wers zyskuje chwilę później radosną oprawę muzyczną, a utrzymaną w durowej tonacji melodię upiększają filuterne melizmaty, czyli szerokie ozdobniki.

Dziewiąta w kolejności piosenka została opatrzona budzącym grozę tytułem Burzowa. Rozpoczynają ją zdecydowane uderzenia perkusji oraz teatralne, żwawe wokalizy. Swą efektownością urzeka opadający motyw, sprzyjający hałaśliwemu błaganiu: „rozpędź mnie”. Liryczny refren zdobi precyzja oktawowych skoków, zwieńczonych opadającymi motywami, spowijającymi gorliwe okrzyki, mające na celu rozpędzić i rozchmurzyć ciskającą gromy bohaterkę słów. Definitywne zwieńczenie opisywanego dzieła stanowi wymowny grzmot. W tytule następnej pieśni kryje się bezwzględne ostrzeżenie – Na drugi raz pamiętaj. Ascetyczna oprawa instrumentalna głównie należy do zautomatyzowanych, klawiszowych warstw. Katarynkowe, tercjowe skoki w zwrotkach ustępują miejsca melodyjnym, opadającym motywom, obecnym na przykład na słowach: „oddał, co masz”. Rozedrgane płaszczyzny klawiszy przedzielają zwrotkowe cząstki. Na uwagę zasługują ponadto zwięzłe dopowiedzenia wokalne, onirycznym zamgleniem dekorujące pierwszoplanowe frazy. Tytułowa groźba stanowi wyróżnik zwięzłego refrenu, zachwycając precyzją początkowego, sekstowego skoku oraz wytwornością opadającego motywu w jego zwieńczeniu. Z drugiej zwrotki wyławiam otoczony ekspresyjnym zacięciem wers: „się pracuje, się ma”. Motoryka gitarowych dźwięków dodaje całej piosence rockowego sznytu, choć instrumentalna koda to raczej nośnik balladowej subtelności. Epilog recenzowanego wydawnictwa stanowi reggae’owy powrót Piotra Banacha do swych muzycznych korzeni. Tekst radosnej kompozycji Noski, o której mowa, przywołuje trudne życiowe momenty, szczęśliwie każdorazowo pokonane dzięki sile miłosnego uczucia. Pogodną melodię kształtują podniosłe, kwintowe skoki, plemienne, ornamentalne wokalizy, a także mniejsze, niezwykle śpiewne odległości, dające rozkwitnąć czułym, pełnym wszechobecnej idylli strofom. W żywiołowy rytm reggae znakomicie wpasowuje się wirtuozowska solówka gitary, domknięta przez Piotra Banacha motoryką dźwiękowych repetycji.

Album Czas końca złudzeń duetu BAiKA to 11 melodyjnych piosenek, których na wskroś bajkowe ciepło niejako osładza współczesne problemy ludzkiej egzystencji. Ów dekadencki nastrój słychać w ekspresyjnym wokalu Kafi, momentami kokieteryjnie teatralnym, częściej jednak mocnym, dźwięcznym, podbitym żarem emocjonalnej, gardłowej chrypki, ale przede wszystkim sprawnym warsztatowo. Szerokiej skali głosu wokalistki niestraszne rozległe skoki interwałowe. Z kolei instrumentalne pejzaże Piotra Banacha fascynują aranżacyjnym przepychem, jak również zwiewnością, dzięki której wszystkie kompozycje od razu zapadają w pamięć. Trzymam kciuki za ów niezwykle oryginalny duet, nie mogąc się doczekać przyszłorocznej trasy koncertowej, w ramach której z przyjemnością usłyszę te utwory na żywo.

TAGS
Agata Zakrzewska
Warszawa, PL

Muzyka jest moją największą pasją, gdyż żyję nią jako słuchaczka, ale też wokalistka, wykonując przede wszystkim piosenkę literacką i poezję śpiewaną z własnym akompaniamentem fortepianowym. Cenię piękne i mądre teksty, zwłaszcza Młynarskiego, Osieckiej czy Kofty.