Doznanie melodyjnej zwiewności, spowitej echem muzycznej przeszłości
Po długiej przerwie wracam, by zarekomendować Wam garść melodyjnych piosenek, silnie zakorzenionych w estetyce lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Przeanalizowane na przestrzeni poniższych akapitów dźwięki powstały jednak tu i teraz, a nazwa zespołu to mocne stanowisko – Ani Dnia Dłużej. W przeciwieństwie do autorytatywnego miana formacji, tytuł wydanego w 2026 roku albumu skłania do niespieszności, bowiem brzmi Zdążę.
Przystępność i autentyczność – takimi dwoma słowami mogłabym scharakteryzować debiutancką płytę Zdążę zespołu Ani Dnia Dłużej. Album inicjuje majestatyczna kompozycja, zatytułowana Początek. Wpierw nabudowują ją wytwornie rozklekotane płaszczyzny gitary elektrycznej, rozbrzmiewające przy wtórze równomiernego pulsu sekcji rytmicznej. Do tego konglomeratu barw rychło dołącza druga gitarowa partia, z której ochoczo wyławiam hymniczne, kwintowe skoki. Słyszalny chwilę później eteryczny wokal Anny Lisieckiej urzeka mnie jasnym tembrem oraz finezyjnymi ornamentami w obrębie linii melodycznej, złożonej głównie z wykwintnych, quasiśredniowiecznych całych tonów. Wsłuchuję się też w łagodne dzwoneczki klawiszy, dźwięczące incydentalnie podczas ekspresyjnych przerywników instrumentalnych. Szczyptę orientalizmu wprowadza kulminacyjna wokaliza, upstrzona jaskrawością wysokiego rejestru oraz efektownymi ozdobnikami. Śpiewne legato i wokalna subtelność kształtują również balladę Zimna woda. Przebojowy refren, zwieńczony katarktyczną frazą: „w zimnej wodzie wszystko z siebie zmyję”, fascynuje motywiczną symetrią pogodnych, sekundowo-tercjowych odległości. W ostatnich refrenach końcowy czasownik niepostrzeżenie zmienia formę na czas przeszły: „zmyłam”. Hałaśliwy początek utworu W mur należy do szaleńczej melodii gitary elektrycznej. Lapidarne frazy domykają delikatne ornamenty wokalne. Błyskotliwe przebiegi perkusji perfekcyjnie podkreślają ognisty wers: „wzbiera twa złość”. W pewnej chwili tytułowy wyraz imponuje wydłużeniem go do granic możliwości głosowych. Rozbudowane solo gitary zachwyca chrapliwą dzikością wysokich rejestrów. Atrybutem piosenki Spokojnie jest melodyczna witalność. Zwiewne ornamenty pozwalają rozkwitnąć choćby baśniowym frazom: „moje myśli są wolne, moje myśli jak ptak”. Refren obfituje zarówno w mantryczne repetycje wyrazu „spokojnie”, jak i czasownika, który użyczył tytułu całej płycie. Gęste solo gitary, przesiąknięte dźwiękowymi repetycjami oraz błyskotliwością melodyjnych ozdobników, poprzedzają klarowne, równomierne akordy powyższego instrumentu. W zwieńczeniu piosenki wokalistka gorliwie zapewnia: „ze wszystkim zdążę”. Siła rockowej ekspresji wyróżnia kompozycję Wilk. Zwrotki spowija melancholia sekundowych ozdobników, obecna na przykład w wyrazie „coś”. Kostropate, gitarowe warstwy dodatkowo przyciemniają wielokrotnie repetowany wers: „to już koniec”.
Żwawy rytm nabudowuje utwór, obdarzony wymownym tytułem Pora zmian. Prosty schemat akordowy otula symetryczną i pogodną linię melodyczną. Wyznacznikami śpiewnego legata są tutaj klarowne glissanda, czyli płynne prześlizgnięcia pomiędzy dźwiękami w partii wokalnej. Wyłuskuję ponadto zagrzewające do walki wykrzyknienia: „teraz jest właściwy czas, poczuj to, co ja”. Gitarowe interludia zachwycają przenikliwością wysokich rejestrów. Radosny, końcowy akord daje nadzieję na pomyślność tytułowych zmian. Od pierwszego przesłuchania najbliższą mi kompozycją bezapelacyjnie jest Kosmita. Na tle nośnego rysu akordowego słychać przystępną wokalizę, złożoną z symetrycznych motywów. Partię wokalną spowija mrok niskich rejestrów, gdzieniegdzie rozjaśniony wytwornymi glissandami, bluesową aurą okalającymi choćby wielokrotnie repetowane słowo „że”. Refren otaczają dojmujące wyznania: „jestem z innej planety, nikt nie rozumie mnie”. Gitarowe sprzężenia potęgują zadumany nastrój, a uroczyste przebiegi perkusji wzmagają kosmiczną tajemniczość. Zadziorna w swym wyrazie piosenka, zatytułowana Bezrefleksyjnie, ponownie zachwyca urokliwym nagromadzeniem śpiewnych sekund oraz tercji. Medytacyjnym antidotum na obecne w tekście zaprzedanie się wyniszczającym schematom jest zaklinanie rzeczywistości machinalnie powtarzanymi słowami: „nie tak”. Z czasem też nasilają się pełne bólu okrzyki: „nie ma szans”. Zaraz potem jednak w podmiot liryczny wstępuje wola walki, bowiem zwraca się bezpośrednio do każdego z nas: „jeszcze nie jesteś bez szans, (…) przerwij ten trans”. Nastrojowy początek utworu Gniew zapewniają szorstkie motywy gitary elektrycznej. Nieodłącznymi atrybutami przebojowej linii melodycznej są zwiewne ornamenty wespół z zadumanymi glissandami. Barwne przerywniki instrumentalne, występujące pomiędzy każdą zwrotką a refrenem, tym razem upiększają nasycone niskimi częstotliwościami dźwięki basu Piotra Glazara. Ich drapieżność ma w sobie żarliwą siłę przekazu. Epilog recenzowanego wydawnictwa nosi tytuł We śnie. Nie brakuje w nim przenikliwości onirycznych, gitarowych motywów. Linię melodyczną cechują perliste repetycje pojedynczych dźwięków, uroczyste, sekundowe odległości, a ponadto hipnotyzująca dźwięczność okala przymiotniki: „niewinna”, „bezsilna” oraz „inna”. Narratorką targa cały tygiel emocji, uzyskujący ujście w dającej spełnienie, końcowej frazie: „wreszcie jestem, gdzie powinnam”.
Album Zdążę zespołu Ani Dnia Dłużej to przebojowe kompozycje, silnie licujące z rockową estetyką mniej więcej sprzed trzydziestu lat. Jaskrawy wokal Anny Lisieckiej urzeka ciepłem łagodnego tembru oraz przystępnością wpadających w ucho melodii. Gitarowe współbrzmienia autorstwa wspomnianej przed momentem wokalistki oraz Macieja Cieślika są wyznacznikiem rockowej ekspresji, uwydatnionej dzięki jaskrawej przenikliwości wysokich rejestrów. W kilku utworach słychać też rozmarzone współbrzmienia klawiszy, które pieczołowicie wykreował Jarek Toifl. Całość w rytmicznych ryzach trzyma niezwykle precyzyjna sekcja rytmiczna – basista Piotr Glazar i perkusista Krzysztof Niewiarowski. Bardzo kibicuję zaanonsowanej formacji, zachęcając wszystkich do wsłuchania się w te przebojowe piosenki, niepozbawione onirycznego pierwiastka melancholii.



