Płyty

Doznanie niebiańskiej melodyjności wśród różnorodnych odcieni miłości

17 kwietnia 2026
Narracja dzisiejszego wpisu będzie bardzo osobista, gdyż jego bohaterowie to postaci, które uważam za formatywne dla mojej muzycznej wrażliwości. Przedmiot niniejszych rozważań stanowi bowiem wydana w 1987 roku płyta, zatytułowana Piosenki Korcza i Młynarskiego, na której znakomita wokalistka Alicja Majewska wspaniale wykonała 10 absolutnie wyjątkowych piosenek twórczego tandemu Włodzimierz Korcz-Wojciech Młynarski.

Warto odnotować, że Piosenki Korcza i Młynarskiego po raz pierwszy na kompakcie (w formacie SACD) ukazały się dopiero w 2025 roku. Od razu też przedstawię swoje subiektywne stanowisko – uznaję owo wydawnictwo za jedną z najpiękniejszych rodzimych płyt, powstałych kiedykolwiek. Porusza mnie tu do głębi spójność muzyki, tekstu i wykonania, a wszystkie powyższe czynniki układają się w misternie utkane, piosenkowe formy. Śpiewne i przystępne linie melodyczne Włodzimierza Korcza sprzyjają rozkwitowi poetyckich strof Wojciecha Młynarskiego, urzekających różnymi kolorami miłości, często z domieszką melancholii oraz bezdennej tęsknoty podmiotu lirycznego. Na recenzowanej płycie zagrali wybitni muzycy. Wirtuozeria różnokolorowych, klawiszowych przestrzeni jest dziełem samego kompozytora, gitarowy kunszt zaprezentował legendarny, nieżyjący już niestety instrumentalista – Winicjusz Chróst, natomiast artyzm rytmicznej precyzji uskutecznił basista Arkadiusz Żak oraz perkusista Krzysztof Zawadzki. W jednym z utworów słychać też jazzujące, saksofonowe motywy Henryka MiśkiewiczaZbigniewa Jaremki. Jako tropicielkę wszelkiej maści zbiegów okoliczności, a także słowno-muzycznych symetrii, raduje mnie fakt, że tytuły pierwszych trzech piosenek rozpoczynają się na tę samą literę, czyli „w”. Całość inicjuje idealne połączenie motoryki i liryzmu – kompozycja Wielki targ. Boleśnie aktualny tekst Wojciecha Młynarskiego piętnuje sprzedajność otaczającej nas rzeczywistości. Wśród zgiełku, szumu, narastającej chęci zysku można stracić swoje dobre imię, twarz, słowa, myśli, wystawiając na sprzedaż choćby bliskich przyjaciół. Z czasem głos zabiera narratorka, skłaniająca do refleksji, że na świat kochających się dwojga ludzi nie ma ceny. Nie warto wszak prywatnego życia zmieniać w płatny kram. Hałaśliwe współbrzmienia w całym utworze zapewniają zautomatyzowane warstwy klawiszy, których ostra przenikliwość kontrastuje ze śpiewnym, choć niepozbawionym emocjonalnego rozedrgania głosem Alicji Majewskiej. Wiodąca linia melodyczna obfituje w niewielkie odległości pomiędzy dźwiękami z przewagą dostojnych, quasiśredniowiecznych całych tonów oraz przesiąkniętych melancholijnym mrokiem półtonów. Zaanonsowane przed momentem najmniejsze odległości pomiędzy dźwiękami oplatają tytułowe wyrazy, powtarzające się w refrenie. Gdzieniegdzie występują też hejnałowe kwarty, otaczające na przykład pierwszą i drugą sylabę słowa „ogarnie” w pierwszej zwrotce. Poszczególne wyrazy wokalistka zdobi zwiewnymi ornamentami, dla przykładu podam słowo „nam”. Piosenkowe cząstki nierzadko oddzielają od siebie salwy półtonowych motywów klawiszy. Bas i perkusja przez całą piosenkę wyznaczają żwawy rytm. Podniosłe zwolnienie tempa podkreśla siłę rażenia kulminacyjnego słowa „niesprzedajny”. Warto ponadto zwrócić uwagę zarówno na emocjonalny koloryt trzeciej zwrotki, jak i ostatnich refrenów. Zasygnalizowane epizody utrzymane są w wyższej tonacji niż wcześniejsze odcinki, dzięki czemu żarliwe zakończenie utworu jeszcze bardziej oddziałuje na odbiorców. Piosenkę W miłości słowa nic nie znaczą inicjują oniryczne dzwoneczki klawiszy, chwilę później oddające palmę pierwszeństwa pozostałym instrumentom. Miarowy puls sekcji rytmicznej koresponduje z hałaśliwymi, gitarowymi motywami, barwnie dopełniającymi na wskroś słowiańską, główną melodię. Malowniczość wysokich rejestrów powyższego instrumentu szczególnie daje o sobie znać na styku ostatniej zwrotki oraz refrenu, jak również podczas definitywnego zwieńczenia całej kompozycji. W partii wokalnej dominują podniosłe, sekundowe odległości oraz gęste repetycje pojedynczych dźwięków. Przełamują je incydentalnie kwartowe skoki, słyszalne chociażby na dwóch ostatnich sylabach wyrazu „epitety”. Nie brakuje też efektownych ornamentów wokalnych, z których najsilniej oddziałuje na mnie ten, który otacza wyraz „dalej”, finalizujący całą piosenkę. Poetyckie strofy rozprawiają się z nieodgadnionymi sekretami miłości. Autor celnie zauważa, iż czasami okrągłe słowa niewiele znaczą, a wymowna cisza jest w stanie wyrazić owo uczucie o wiele mocniej. Niemożność rozwikłania miłosnych paradoksów perfekcyjnie obrazuje wers: „tęgiego trzeba by tłumacza, co by tę rzecz objaśnił ślicznie”. Witalny nastrój utworu Winogrona wyznacza taneczny rytm walca, bajkowe pejzaże zamglonych, klawiszowych warstw i perkusyjno-basowa motoryka. Gęstwina akordowych zmian spowija trzy piosenkowe cząstki – zwrotkę, przedrefren oraz refren, które później powtarzają się w takiej samej kolejności. Ze zwrotkowych fraz ochoczo wyławiam tytułowe słowo, otoczone rozmarzeniem sekundowych odległości, a także wyraz „latem”, ubrany w strojną szatę jaskrawej tercji. Ekspresyjny, przesiąknięty klarownością wysokich rejestrów przedrefren zachwyca mnie uroczystym, kwintowym skokiem podczas trzeciego wystąpienia wyrazu „szalony”. Nie mogę też przejść obojętnie obok głębi onirycznego ornamentu, z namysłem przypieczętowującego słowo „winogrona”. Refren, zapoczątkowany tęsknym wersem: „a potem żal”, ujmuje przystępnością krzepiących fraz, osiągających punkt kulminacyjny w pełnym gracji wydłużaniu przez wokalistkę wyrazu „gna”, który w definitywnym domknięciu utworu otoczył czar perkusyjnych trzepotów.

Przyszedł czas na wytworny i hymniczny Marsz samotnych kobiet, niepozornie zainicjowany zamglonymi, klawiszowymi dzwoneczkami. Już po chwili wyłania się z nich chwytająca za serce melodia, swoją słowiczą barwą imitująca flet. Jej zaczyn niedługo posłuży do rozbłyśnięcia ekstatycznego refrenu. Zanim jednak to nastąpi, naszym uszom ukazuje się zwrotka, której zadumany, pogodny charakter początkowo wyznacza śpiewność dźwiękowych repetycji, sekund i tercji. Z czasem górę bierze dojmujący smutek półtonowych motywów, oplatających wers: „słuchajcie jego smutnych nut”. Pierwsze wystąpienie refrenu rozbrzmiewa przy dyskretnym akompaniamencie instrumentalnym, choć nie można odmówić ekspresji ostrym, gitarowym melodiom. Wsłuchuję się także w rozdzierający skok o sekstę małą pomiędzy słowami „powiek” a „opuszczonych”. Kolejne powtórzenia refrenu spowija już dostojny tętent marszowych, perkusyjnych uderzeń. Powab żałobnych, sekundowych odległości oplata choćby charakterystyczną frazę: „głodowy marsz miłości”. Zawieszam również ucho na finezyjnych zmianach melodii w ostatnim refrenie, podbitych symfonicznym rozmachem gromkich współbrzmień instrumentalnych. Łagodne zakończenie utworu głównie należy do łkającej, klawiszowej melodii, przyciemnionej chrapliwymi plamami dźwiękowymi basu. Ów konglomerat barw perfekcyjnie odzwierciedla kobiecą kruchość, bolesną samotność i tęsknotę za siłą namiętności. Po tej zamaszystej pieśni następuje chwila oddechu w postaci jazzującej ballady, zatytułowanej Dla nowej miłości. Dostrzegam tu jednak również dynamiczny pierwiastek, uchwycony w żwawym refrenie. Rozterki podmiotu lirycznego determinuje gorące pragnienie miłosnego uczucia, dopełnione poetyckimi nawiązaniami Wojciecha Młynarskiego do bajki o Kopciuszku. Elegijna łagodność jest zasługą klawiszowych dzwoneczków, natchnionych akordów fortepianu oraz melodyjnych, smyczkowych płaszczyzn. Zwrotki kształtują śpiewne sekundy i katarynkowe tercje. W energicznym refrenie od słów: „przede mną dzban, mak i popiół”, odzywającym się przy ekspresyjnym wtórze sekcji rytmicznej, wokalistka ukazuje pełen arsenał swych możliwości, nie szczędząc kunsztownych, wysokich rejestrów, a gdzieniegdzie filuternie swingując.

Osobnym akapitem chciałabym uhonorować najbliższy mi utwór na recenzowanej płycie, choć przyznaję uczciwie, że opisywałam go już kilkakrotnie. Nawet pokusiłam się o jego dogłębną analizę w ramach mojej pracy licencjackiej, poświęconej stylowi kompozytorskiemu Włodzimierza Korcza. Cóż jednak szkodzi raz jeszcze popłynąć w rejs miłosnych uniesień, który nieustannie zapewnia piosenka Odkryjemy miłość nieznaną. Warto odnotować jako ciekawostkę, że Włodzimierz Korcz i Wojciech Młynarski stworzyli ją z myślą o zupełnie innej wokalistce – Danucie Błażejczyk. Rzeczona artystka nie przyjęła entuzjastycznie owego słowno-muzycznego klejnotu i finalnie kompozytor zaproponował go Alicji Majewskiej. Gdy obecnie wokalistka wykonuje Odkryjemy miłość nieznaną na koncertach, publiczność oklaskuje ów utwór tak, jakby od samego początku powstał specjalnie z myślą o niej. W tekście został przedstawiony topos życia jako podróży w poszukiwaniu ekscytujących, miłosnych doznań. Narratorka strofuje swego ukochanego, który z cynicznym zblazowaniem podkreśla, że: „wszystko w miłości już było”. Miast traktować życie jak portową knajpę, prosi go, by na bezkresnym, egzystencjalnym oceanie wspólnie odnaleźli siłę wzajemnego uczucia. Ramiona mężczyzny, niczym „łódź Magellana”, zapewnią narratorce słów poczucie bezpieczeństwa, z kolei jego serce może stać się busolą, wyznaczającą kierunek rejsu. Kobietę ogarnia fala tęsknych marzeń: „znów będę czuć, że jestem zakochana”, a po chwili euforycznie wykrzykuje ona fragment łacińskiej sentencji: „navigare necesse est”, czyli: „żeglowanie jest konieczne”. Warto zwrócić jeszcze uwagę na olbrzymi kunszt literacki celowej archaizacji wersu: „miłowania głodni jak wilcy”. Pod względem muzycznym mamy tu do czynienia z intrygującym zabiegiem formalnym, bowiem pierwszą zwrotkę nabudowuje wokalno-gitarowy dwugłos. Od razu rzucają się w uszy detale wykonawcze, takie jak łagodny ornament na słowie „było”, czy iście bluesowe dźwięki, okalające repetycje wyrazu „nieprawda”. Gdy pod koniec tego odcinka dołączają pozostałe instrumenty, powtarzane dźwięki, otulające wyraz „ocean”, stopniowo wznoszą się. Niedługo potem słychać melodyjny, przesiąknięty szlachetną zwiewnością refren, gdzie melancholia śpiewnych sekund otacza chociażby tytułowy szlagwort. Motorykę akompaniamentu instrumentalnego szczególnie podkreślają lapidarne, fortepianowe dwudźwięki. W drugiej zwrotce zmienia się charakter oraz tonacja utworu. Wyłuskuję z niej pełen gracji skok wokalny o sekstę małą na dwóch ostatnich sylabach wyrazu „zakochana”. Baśniowy liryzm przeradza się jednak w żar zasygnalizowanego wcześniej, łacińskiego zwrotu, którego zakończenie zostało kunsztownie wydłużone do granic możliwości głosowych wokalistki. Ostatnie powtórzenie refrenicznej melodii rozbrzmiewa w wyższej tonacji niż poprzednie, a końcowe wyrazy: „serce twe – busola ma”, cechuje galanteria wokalnego rozedrgania. Całą piosenkę finalizuje szorstka przenikliwość niemal rockowych motywów gitary.

Piosenka Smutne do widzenia stanowi nostalgiczną wycieczkę do krainy wspomnień, kiedy to rozczulająca aura rosyjskich romansów dodawała blasku ulotnym, miłosnym zauroczeniom. Nobliwy nastrój zawdzięczamy miarowej pulsacji sekcji rytmicznej, klawiszowej poświacie zamglonych współbrzmień oraz lirycznym, gitarowym motywom. Zwrotki kształtuje głównie śpiewność przystępnych, tercjowych skoków, przełamanych kanonadami dźwiękowych repetycji oraz łkających półtonów. Z instrumentalnych warstw wyławiam podniosłe, nasycone niskimi częstotliwościami, kwintowe motywy basu. Refren otacza dystynkcja długich dźwięków, wzbogaconych wykwintnymi harmoniami wokalnymi. Po drugiej zwrotce następuje ekspresyjna, zupełnie nowa myśl muzyczna, zapoczątkowana słowami: „że bez pamięci zakochać się w sobie” i otoczona salwami uporczywie powtarzanych dźwięków, wspartych melancholią półtonowej aury. Chwilę później objawia się efektowny, przeszywający, długi dźwięk na słowie „kochał”, przypieczętowany lirycznym wersem: „że będziesz kochał mnie”, przystrojonym orientalną, tercjowo-półtonową oprawą muzyczną. Gospelowy sznyt przyświeca kompozycji Wracaj, gdzie cię kochają, której budulcem są zapierające dech w piersiach chóry wokalne, uskutecznione przez wielkie nazwiska polskiej estrady – Grażynę Łobaszewską, Jorgosa Skoliasa, czy (wspomnianą już wcześniej w innym kontekście) Danutę Błażejczyk. Prym wiodą tu rozległe akordy fortepianu, a śpiewność sekundowych skoków otacza gęstwina chóralnych współbrzmień. Na samym początku rozlegają się one a cappella, a więc bez towarzyszenia jakiegokolwiek instrumentu, przerywane jedynie szmerami nabieranych oddechów. Z czasem przestrzenne wielogłosy rozbrzmiewają w pełnym anturażu instrumentalnym, nabudowanym przez klawiszowe warstwy oraz zgrzytliwe, gitarowe motywy. Nie brakuje też zwięzłych, solowych epizodów melodycznych Alicji Majewskiej, w których moją uwagę przykuł ornament na słowie „słychać”, rozjaśniony delikatnością wysokiego rejestru. Kulminacyjne, saksofonowe pejzaże stanowią barwną, jazzującą improwizację na kanwie wiodącej linii melodycznej. Opisywane dzieło domykają wokalne wielogłosy, z całą mocą, przy dyskretnym wtórze instrumentalnych płaszczyzn intonujące tytułową złotą myśl.

Pod numerem dziewiątym skrywa się flagowy utwór, skomponowany i napisany dla Alicji Majewskiej, bez którego trudno wyobrazić sobie jakikolwiek jej koncert – Jeszcze się tam żagiel bieli. Tekst piosenki mówi o tęsknocie kobiet za swymi ukochanymi mężczyznami, którzy z racji zawodowych obowiązków często wypływali w morze. Bohaterki owych strof kurczowo trzymają się nadziei na rychły powrót dzielnych marynarzy. Znakomicie oddaje to malownicza fraza: „nadzieja wciąż w serc kapeli, na werbelku cicho gra”. Co ciekawe, Wojciech Młynarski wiele lat później powrócił do tego nośnego szlagwortu, zręcznie okraszając nim piosenkę Profesorowie Ireny Santor, również umuzycznioną przez Włodzimierza Korcza. Należy ponadto zauważyć, że kompozycja Jeszcze się tam żagiel bieli wpasowała się w czasy szarej, PRL-owskiej rzeczywistości, gdy stęsknione kobiety z nadzieją czekały na powrót swych ukochanych mężczyzn, którzy byli internowani. Mogły więc bez trudu utożsamić się z gorzkimi wersami: „bo męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”. Od strony muzycznej klawiszowe dzwoneczki oraz stricte fortepianowe motywy, przy wtórze smyczkowych plam dźwiękowych intonują chwytającą za serce melodię, która nieco później stanie się nobliwym i mocnym refrenem. Niebiańską linię melodyczną pierwszej zwrotki gdzieniegdzie kolorują lapidarne ornamenty, na przykład w wyrazie „kobiety”. Olśniewająco prezentuje się też wytworny, długi dźwięk na słowie „młode”. Sekundowo-tercjową zadumę niejednokrotnie przełamują dziarskie kwarty i kwinty. Instrumentalną przestrzeń kreują subtelnie zamglone, gitarowe płaszczyzny oraz miarowe, perkusyjne stukoty. Wirtuozeria błyskotliwych, smyczkowych przebiegów eksponuje dojmujący, upstrzony sekundowymi motywami wers: „całe we łzach”. Wyróżnikiem melancholijnego przedrefrenu jest choćby rozłożony akord, z gracją otulający wyrazy: „i z wiatrem”. Pierwszy refren, opleciony onirycznymi kropelkami klawiszowych dzwoneczków, wokalistka wykonała subtelnie, w niskim rejestrze. Poruszającą do głębi melodię kształtuje głównie liryzm śpiewnych sekund, z przewagą przesiąkniętych niepokojem półtonów. Tuż po niezwykle emocjonalnej drugiej zwrotce następują kulminacyjne refreny, zaśpiewane przez Alicję Majewską w wyższym rejestrze, tzw. oktawę wyżej niż wcześniej. Upiększają je marszowe uderzenia perkusji, smyczkowa ekspresja i uroczyste motywy instrumentów dętych blaszanych. Zupełnie nowy fragment od słów: „męska rzecz”, zachwyca hejnałowymi, kwartowymi skokami, słyszalnymi w wyrazach: „biegu” i „brzegu”. Ostatni refreniczny odcinek wyróżnia żarliwe podwyższenie wyjściowej tonacji, a także długi dźwięk na słowie „łza”, spowity hymnicznymi współbrzmieniami sekcji dętej oraz perkusyjnymi grzmotami, z rozmachem finalizującymi ową monumentalną pieśń. Epilog recenzowanego wydawnictwa obdarzony jest wymownym tytułem – Piosenki, z których się żyje. W tekście zostały przedstawione blaski i cienie życia artystki estradowej, przemierzającej kraj w towarzystwie piosenek na każdą okazję, najczęściej takich: „co to mają podtekst, drugie dno”. Za sprawą poetyckiej personifikacji owe „siostry serdeczne, żony niczyje” dodają narratorce otuchy podczas rutynowej, koncertowej egzystencji: „na przekór wszystkim i mimo wszystko, jeszcze Ty w Łomży zrobisz nazwisko”. Chwilę później natomiast ich szept zmusza do refleksji potencjalnego odbiorcę słowami: „popatrz kochana, jak naród słucha”. Puenta utworu ma w sobie jednak mnóstwo blasku, bowiem w końcowych frazach bohaterka przyznaje: „lecz zawsze wracam na łeb, na szyję, do tych piosenek, z których się żyje”. Linia melodyczna, wsparta przestrzennym akompaniamentem instrumentalnym, kołysze nas w rytmie dystyngowanego walca. Miarowy puls sekcji rytmicznej rozświetlają delikatne, gitarowe dźwięki. Śpiewność pogodnej, zwrotkowej melodii determinują wszędobylskie sekundy i tercje. Swoistym przełamaniem są skomplikowane wykonawczo skoki. W ramach słów: „drugiego dna” najpierw słychać nieco groźną septymę małą, następnie zaś krzepiącą sekstę wielką. Nostalgia bierze górę w refrenie, gdy tonacja zmienia się na mollową, a spektakularna seksta mała otula na przykład początkowe słowa: „i są”. Tęskny, iście słowiański sznyt gdzieniegdzie rozjaśniają wznoszące, sekundowe motywy, słyszalne chociażby w wyrazach: „na przekór”. Z kolei efektowny, oktawowy skok perfekcyjnie spaja słowa: „i mimo”. Aksamitne pogwizdywania wokalne, utrwalające melodię refrenu, zagęszczone łkającymi płaszczyznami klawiszy, urokliwie naśladującymi akordeon, ostatecznie domykają opisywaną kompozycję.

Na płycie Piosenki Korcza i Młynarskiego znakomita wokalistka – Alicja Majewska swym ciepłym tembrem, oczarowującym całą paletą silnych emocji, roztacza przed nami oblicza miłości zarówno ulotnej, ekscytującej, namiętnej, jak i zagubionej w oparach samotności. Włodzimierz Korcz ukazał tu niezwykły kunszt kompozytorski, kreując kantylenowe, a więc niewymownie śpiewne melodie, urzekające nie tylko przystępnością, lecz także bogatą ornamentyką, czy efektownością długich dźwięków, uwydatniających szeroki wachlarz możliwości głosowych wokalistki. Rzeczony twórca, niczym prawdziwy człowiek renesansu, plastycznie i z rozmachem uformował ponadto imponującą paletę różnorodnych, klawiszowych barw, których wirtuozeria nie ma sobie równych. Pełne olśniewających walorów literackich teksty Wojciecha Młynarskiego stanowią egzystencjalne drogowskazy, odkrywając przed nami zawiłe meandry ludzkich uczuć. Z gąszczu instrumentalnych płaszczyzn wyłania się motoryka pulsu sekcji rytmicznej wespół z gitarowymi melodiami, przesiąkniętymi rockowo-bluesową chrapliwością. Recenzowane wydawnictwo jest dla mnie wzorcowym hołdem, oddanym klarownej, zdefiniowanej niegdyś przez Wojciecha Młynarskiego formie piosenki, gdzie trzy precyzyjnie wytworzone elementy – muzyka, tekst i wykonanie, stanowią nierozerwalną całość, poruszającą najczulsze struny mojej duszy.

TAGS
Agata Zakrzewska
Warszawa, PL

Muzyka jest moją największą pasją, gdyż żyję nią jako słuchaczka, ale też wokalistka, wykonując przede wszystkim piosenkę literacką i poezję śpiewaną z własnym akompaniamentem fortepianowym. Cenię piękne i mądre teksty, zwłaszcza Młynarskiego, Osieckiej czy Kofty.