Płyty

Doznanie ożywczej siły księżycowego blasku

22 grudnia 2025
Na przestrzeni ostatnich tygodni dostrzegam w mediach społecznościowych wzmożoną chęć wybierania ulubionych płyt dwudziestu pięciu lat obecnego stulecia. Dla mnie takim albumem bezapelacyjnie jest Luna, czyli druga solowa płyta Tomasza Budzyńskiego, wydana w 2008 roku. Kojarzony raczej z ekspresyjną muzyką wokalista zespołu Armia na swych solowych wydawnictwach prezentuje znacznie bardziej liryczne oblicze. Czy można za pomocą słów i dźwięków oddać piękno księżycowego blasku? Spróbuję przekonać Was o tym w poniższych akapitach, gdy utwór po utworze rozbiorę na czynniki pierwsze nastrojową, przepełnioną nadzieją i ciepłem Lunę.

Oryginalny koloryt wykonawczy recenzowanej płyty to wspólne dzieło wielu indywidualnych osobowości, których kunszt będę podkreślać przy okazji opisywania konkretnych piosenek. Warto jednak wspomnieć, że zarówno za produkcję Luny, jak i żarliwe dźwięki gitary elektrycznej odpowiada znakomity muzyk – Robert „Litza” Friedrich. Nie brakuje też szlachetnych i niezwykle precyzyjnych harmonii wokalnych, będących dziełem Tomasza Budzyńskiego, zaanonsowanego przed momentem „Litzy” oraz niekwestionowanego mistrza w tej materii – Gerarda Nowaka. Płytę Luna ekspresyjnie inicjuje piosenka, której tytuł stanowi gromkie zawołanie – Halo, halo. Motoryczny napęd utworu zapewniają witalne motywy gitary elektrycznej oraz dostojne uderzenia perkusji. Za te ostatnie odpowiada nietuzinkowy instrumentalista, którego niestety nie ma już wśród nas – Piotr „Stopa” Żyżelewicz. Do wspomnianego konglomeratu barw rychło dołączają metaliczne motywy gitary akustycznej. Linię melodyczną zwrotek wyróżniają podniosłe, kwartowe skoki, precyzyjnie wykonywane przez Tomasza Budzyńskiego na początku każdej frazy. Z czasem wiodącą melodię dopełniają anielskie harmonie wokalne, w dużej mierze zbudowane z symetrycznych, dźwiękowych repetycji. Zawieszam ponadto ucho na zwięzłych, gitarowych sygnałach w wysokim rejestrze, wieńczących niektóre wersy. Nośny refren składa się z tytułowego wyrazu, otoczonego katarynkowymi, tercjowymi skokami. Przed trzecią zwrotką prym wiodą chrapliwe zgrzyty trąbki Daniela Pomorskiego. Tekst jest zbiorem różnobarwnych, ulotnych impresji, dla przykładu podam rozczulające: „Natalia – konwalia”, a także: „obraz, przy którym czujesz się kochany”. Owe katarktyczne wizje spaja żarliwe zapewnienie w kulminacji opisywanego dzieła, poprzedzone mrokiem kostropatych motywów gitary elektrycznej: „to wszystko jest po drugiej stronie, być może jest już tam”. Końcowym dźwiękom wtórują rozedrgane płaszczyzny gitary. Kompozycja Echo ma najdłuższy staż, gdyż entuzjaści zespołu Armia mogą kojarzyć ją z płyty Ultima Thule, wydanej w 2005 roku. Kameralne, solowe wcielenie nieco różni się jednak od pierwowzoru. Próżno w nim bowiem szukać orientalnych pejzaży waltorni, czy funeralnej, syntezatorowej kody. Nie potrafię jednak stwierdzić, do której wersji jest mi bliżej, gdyż liryczna odsłona Echa z albumu Luna również skrywa w sobie mnóstwo intrygujących detali wykonawczych. Chwytające za serce są już początkowe zawołania wokalne: „tułam się, tak jak on”, każdorazowo rozpoczęte melancholijną tercją. Zasygnalizowane wykrzyknienia powracają również w środku utworu oraz na jego końcu. Ich melodia i artykulacja poszczególnych głosek stanowią dyskretny ukłon w stronę kompozycji Farmer In The City – amerykańskiego wokalisty Scotta Walkera. Linia melodyczna zwrotek, spowita mrokiem udramatyzowanych półtonów, czyli najmniejszych odległości pomiędzy dźwiękami, ujmuje mnie ascetycznością minimalistycznych repetycji. Towarzyszą jej oniryczne dzwoneczki, jak również łkające motywy wiolonczeli, wykreowane przez Mateusza Smółkę. Chcąc uwydatnić walory przestrzennego echa, Tomasz Budzyński zwielokrotnia zakończenia fraz tajemniczymi szeptami. W refrenie rzeczony wyraz brzmi uroczyście, za sprawą ubrania go w strojną szatę podniosłych, kwartowych skoków. Orientalny sznyt zawdzięczamy natomiast szaleńczej wirtuozerii gitary elektrycznej. Przed ostatnią zwrotką dają o sobie znać awangardowe eksperymenty w postaci zamglonych głosów, brzmiących niczym taśma odtworzona od tyłu. Pojawiają się też dyskretne pogwizdywania, miarowo pulsujący bas, czy jazzujące, odrobinę poszarpane melodie klawiszy. Sentymentalne domknięcie piosenki należy do hejnałowego pomnażania przez wokalistę słowa „echo”. Bacznie wsłuchuję się także w tęskną melodię dzwoneczków, zautomatyzowane szmery oraz wyszeptaną frazę: „gdy byłeś dzieckiem, rozmawiałem z Tobą zawsze”. Przyszedł czas na jeden z najbliższych mi utworów, a mianowicie tytułową Lunę. Ową balladę kształtują rześkie, gitarowe motywy, podbite filuternymi grzechotami trąbki oraz masywnym pulsem perkusji. Zwrotkowa partia wokalna porusza mnie do głębi. Hymniczne, tercjowe skoki otaczają powtarzane wyrazy, takie jak na przykład „biegnij”. Kontrastują z nimi melodyjne repetycje pojedynczych dźwięków, obecne choćby podczas słów: „na sam skraj”. Wokalista niejednokrotnie pozwala sobie na subtelne, aczkolwiek wyraziste ozdobniki, domykające poszczególne frazy. Wyróżnikiem refrenu są malownicze wokalizy, oparte na samogłosce „a” oraz przedłużeniu głoski „j”. Wtedy także dają o sobie znać płaczliwe pejzaże wiolonczeli, fascynujące miarową motoryką. Gdzieniegdzie też odzywają się wytworne motywy kontrabasu Marcina Pospieszalskiego. Ponadto nie sposób pominąć milczeniem śpiewnego wersu: „Luna de Maria”, z oddali olśniewającego anielskim, wysokim rejestrem. W drugiej zwrotce ponownie delektuję się tercjowymi odległościami, które w wyrazach „to nic” raptownie zmieniają kierunek na wznoszący. Zwieńczenie utworu urzeka szlachetnością refrenicznej wokalizy. Stanowi ją niebiański trójgłos, zaśpiewany przez Tomasza Budzyńskiego, Roberta Friedricha oraz Gerarda Nowaka. W ów absolut krystalicznie czystych współbrzmień wokalnych gwałtownie wdziera się chropowate syknięcie, definitywnie przypieczętowując naszpikowany emocjonalną głębią, dźwiękowy krajobraz.

Mroczną kompozycję Dzień bez duchów cechuje rockowa ekspresja ostrych, nierzadko rozedrganych, gitarowych płaszczyzn wespół z hałaśliwymi uderzeniami perkusji. Z charakterystycznych melodii basu wyłuskuję natomiast dostojne, kwintowe skoki. Zwieńczenia lapidarnych fraz wokalnych nabudowuje zaduma tercjowych odległości, a poczucie bezpieczeństwa wśród nieokiełznanych, demonicznych głosów zapewniają refreniczne wyznania: „I love you, I need you”, otulone ornamentalnymi harmoniami wokalnymi Gerarda Nowaka. Na samym końcu, tuż po tajemniczych słowach: „ktoś woła nas”, nasilają się słyszalne wcześniej, złowrogie okrzyki duchów. Jeden z owych głosów wypowiada słowa w języku rosyjskim, drugi natomiast generuje bliżej niezidentyfikowane wyrazy, dlatego też nastrój grozy jest tu jeszcze bardziej namacalny. Masywny dramatyzm kontynuuje miniaturka, zatytułowana UFO. Nasycone niskimi częstotliwościami dźwięki basu, energiczny puls perkusji, zadziorne grzechoty tamburynu i metaliczne akordy gitary akustycznej sprzyjają rozkwitowi wytwornej linii melodycznej. Tytułowe słowo często spowijają quasiśredniowieczne całe tony, a chwilami ich orientalne zabarwienie generuje półtonowo-tercjowa melancholia. W lirycznym zwieńczeniu instrumenty łagodnieją, powierzając palmę pierwszeństwa przystępnej i statycznej melodii wokalnej. Sielankową aurę zakłócają jedynie burzliwe, gitarowe salwy repetowanych dźwięków. Wzruszający do łez utwór Na niebie ciągły ruch zapoczątkowują aksamitne dzwoneczki. Z partii wokalnej ochoczo wyławiam tęskne półtony, obecne m.in. podczas pierwszego wystąpienia słowa „dni”, a także witalne tercje, choćby otaczające wyraz „chmury”. Dostojne frazy wielokrotnie rozjaśniają wykwintne harmonie wokalne, dla przykładu podam opleciony nimi, poetycki wers: „zapomniana piękna pamięć”. Instrumentalny koloryt wzbogacają finezyjne terkoty perkusjonaliów, kunsztownie wykreowane przez Beatę Polak. Półtonowo-tercjowe krajobrazy są kontynuowane w refrenie. Wówczas tytułowy szlagwort przypieczętowują lapidarne ozdobniki, zaśpiewane błyskotliwie, z ognistym rozedrganiem. Po każdym z trzech refrenów odzywa się ekspresyjne solo trąbki, na które de facto składają się dwa skontrastowane segmenty. Pierwszy cechuje chropowatość hałaśliwych motywów, w drugim dominują subtelne, wręcz medytacyjne płaszczyzny. Szczypta liryzmu jest zasługą żałobnych dźwięków wiolonczeli oraz figlarnych, wszędobylskich dzwoneczków, z kolei tytułowy ruch obrazują wirtuozowskie stukoty perkusji. W trzeciej zwrotce zawsze koncentruję się na bajkowej frazie: „aj komen, aj sindiris”, którą pokochałam znacznie wcześniej, gdyż słychać ją w przepięknym utworze Armii – Soul Side Story. Kulminacyjne wykonania tytułowej złotej myśli zaognia rockowy napęd oraz zupełnie nowy anturaż melodyczny. Wiodącą partię wokalną wzmacniają podniosłe chórki. Instrumentalne zakończenie należy do niemal bezkresnej solówki trąbki, wspartej pulsacyjnymi plamami dźwiękowymi klawiszy. Słychać również anielskie dzwoneczki, rozkwitające na tle maszynowych szmerów, przechodzących płynnie w następny utwór. Serce, bo o nim mowa, inicjuje symetria rozłożonych akordów, zaintonowanych mgliście na gitarze elektrycznej i zagęszczonych perlistym dzwonieniem akustycznego wcielenia powyższego instrumentu. Niewielkie odległości pomiędzy dźwiękami sprzyjają śpiewności partii wokalnej, a niektóre frazy, jak chociażby: „tak rozpadał bezgranicznie się ten śnieg”, z miejsca uruchamiają moją wyobraźnię. Otuchy dodaje ponadto błagalne zaklinanie rzeczywistości: „niech się stanie tylko to, co ma się stać”. Finezyjne wokalizy i ornamenty w refrenie pozwalają w pełni wybrzmieć uskrzydlającemu pragnieniu miłości: „bo niebo trzeba podnieść już dziś”. Z malowniczej gęstwiny instrumentów tropię terkoty tamburynu oraz pojedyncze, oczarowujące subtelnością motywy gitary, upiększające refreny. Najbardziej nieoczywisty, ale jakże frapujący koloryt zawdzięczamy jednak końcowym, dźwięcznym niczym gong, nostalgicznym skokom o sekstę małą, finezyjnie zagranym na gitarze.

Osobnym akapitem chciałabym uhonorować najważniejszą dla mnie pieśń z płyty Luna, zatytułowaną Tren. Jej tekst czerpie pełnymi garściami z Księgi proroka Jeremiasza. Otwarcie serca podmiotu lirycznego na Bożą miłość odzwierciedlają choćby słowa: „uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść”. Początkowa, zbudowana głównie z podniosłych, sekundowych odległości, melodia trąbki z tłumikiem kreuje liryczny, aczkolwiek nobliwy nastrój. Z barwnej introdukcji instrumentalnej, kołyszącej w rytmie wytwornego walca, wyławiam zadumane akordy gitary akustycznej, posuwiste szelesty tamburynu, dyskretne kropelki perkusjonaliów i tubalne, basowe kwinty. Przez chwilę słychać też wirtuozowskie, mgliście podzwaniające kaskady klawiszowych tercji w kierunku opadającym, które pieczołowicie wykonał Karol Nowacki. Statyczną melodię wokalną zwrotek kształtują głównie repetycje pojedynczych dźwięków oraz sekundowe odległości, w zwieńczeniach fraz przełamane majestatycznymi, kwartowymi skokami. Zasygnalizowana kwarta w pierwszej zwrotce podkreśla m.in. wyraz „zwyciężyłeś”. Zresztą malownicze domknięcie owej piosenkowej cząstki nie ma sobie równych. Obcujemy tu bowiem z niebiańskimi pejzażami, zagranymi przez „Litzę” na gitarze elektrycznej i zwieńczonymi burzliwym warkotem.  Wyróżnikiem uroczystego refrenu są zwiewne ornamenty wokalne. Tęskna kwarta oplata słowo „dniem”, natomiast rozmarzona tercja otula wyraz „mym”. Świetlistą melodię zasygnalizowanego fragmentu okalają kanonady motorycznych grzmotów gitary. Ponadto od drugiego wystąpienia wersu: „jak letni deszcz” naszym uszom ukazują się klarowne współbrzmienia wokalne Tomasza Budzyńskiego oraz Gerarda Nowaka. Zarówno przed drugą, jak i trzecią zwrotką objawia się poruszająca najczulsze struny mojej duszy, wielogłosowa wokaliza, którą zaśpiewał Gerard Nowak. Wykonawca roztacza wówczas przed nami powab rzewnego legata. Po ostatnim refrenie miejsce wokalizy zajmuje ogniste solo trąbki, odznaczające się wirtuozerią sekundowych odległości oraz przenikliwymi skowytami, dającymi mocniej wybrzmieć chropowatym, długim dźwiękom. Tę żałobną, lecz niepozbawioną hymniczności kompozycję przypieczętowuje powtórzenie fraz: „jak letni deszcz, jak zwiastun burz”, incydentalnie rozświetlonych dzwoneczkowymi tercjami klawiszy.

Atrybutem utworu Umieraj jest żwawy rytm, wyznaczany jaskrawymi akordami gitary akustycznej. Nośne, krótkie frazy wokalne często wieńczą żarliwie niepokojące półtony, uwydatnione na przykład podczas ornamentów w wyrazach: „jęk” i „płacz”. Refreny poprzedza charakterystyczne odliczanie, najpierw w języku angielskim, a następnie po polsku. Tytułowy czasownik, spowity melodyjnością tercjowego skoku, podlega intrygującej, rytmicznej transakcentacji, w ramach której zostaje wyeksponowana ostatnia jego sylaba. Zaanonsowany wyraz często dopełniają hałaśliwe motywy gitary elektrycznej. Niejednokrotnie zwrotkową melodię upiększają kunsztowne harmonie wokalne, szczególnie sugestywnie podkreślające retoryczne pytanie: „czy to nie jest piękne”. Energia postrzępionych dźwięków zaostrza wykonane z werwą, końcowe słowa: „aby żyć”. Awangardowe rozpoczęcie kompozycji Wiosna na wygnaniu zapewniają jękliwe skowyty gitary elektrycznej. Wyłania się z nich taneczny rytm walca, podbity tubalnymi stukotami perkusji, szelestami tamburynu oraz szemrzącymi, gitarowymi akordami. Tomasz Budzyński prowadzi sekundowo-tercjową linię melodyczną, dodatkowo przyciemnioną posępnością niskich rejestrów.  Refren ukazuje jaśniejsze oblicze głosu wokalisty, błagającego gorliwie: „wspomnij choć raz, poświeć nade mną”. Najbardziej witalny fragment melodyczny otacza jednak późniejsze słowa: „ciche braterstwo, wędrówka dusz”, dopiero w ostatnim refrenie wzmocnione anielskimi, chóralnymi współbrzmieniami. Uwagę przykuwają też przerywniki instrumentalne, obfitujące w rozedrgane, elegijne motywy kontrabasu. Drugą zwrotkę wyróżnia surrealistyczny wers: „to wszechświat jest w kolorze mięsa”, a także spowite chęcią poszukiwania piękna pytanie: „gdzie te wszystkie Twoje niebieskości”.  Z pastoralnej krainy kulminacyjnych harmonii wokalnych wyrywają nas znajome, gitarowe zgrzyty, prowadzące ku niezwykle efektownej solówce kontrabasu Marcina Pospieszalskiego. W tych rozszalałych, błyskotliwych przebiegach skrywają się nie tylko spektakularne, oktawowe oraz kwintowe skoki, lecz także orientalne, sekundowo-tercjowe płaszczyzny, silnie związane ze śpiewnym konturem melodii wokalnej. Tekst enigmatycznego utworu, zatytułowanego Poza tym światem, oparty jest na Pieśni najwyższej wieży Arthura Rimbauda. Wokalista już na samym początku zagadkowym szeptem trzykrotnie powtarza błagalne słowa: „niech przyjdzie, niech nie zwleka, pora co nas urzeka”. Chwilę później perkusja fascynuje gęstwiną plemiennego, egzotycznego rytmu. Gdzieniegdzie odzywają się też terkoty perkusjonaliów i grzechoty tamburynu. Na tle owych piramid orientalnych dudnień Tomasz Budzyński śpiewa znane z utworu Dzień bez duchów deklaracje: „I love you, I need you”, dodając jeszcze jedną: „I want you”. W pewnym momencie tempo perkusyjnych uderzeń ulega raptownemu przyspieszeniu, a całość łagodnieje za sprawą kolejnego powtórzenia Rimbaudowskich fraz. Tym razem jednak otulają je impresjonistyczne motywy utworu Et la lune descend sur le temple qui fut, pochodzącego z II tomu fortepianowej suity Images Claude’a Debussy’ego. Mogę zdradzić, że owe natchnione dźwięki jeszcze do nas powrócą. Epilog recenzowanego wydawnictwa to zjawiskowej urody ballada o wymownym tytule Dom. Muzyczną osią opisywanej kompozycji jest śpiewny riff gitary elektrycznej, przepełniony bliskimi odległościami pomiędzy dźwiękami i charakteryzujący się dostojną motoryką. Wzbogaca go stały, perkusyjny puls, krystalicznie czyste akordy gitary akustycznej oraz delikatne grzechoty perkusjonaliów. Z tych śpiewnych płaszczyzn gitary bezpośrednio wyrasta łagodna partia wokalna, olśniewająca uroczystymi sekundami, perlistymi tercjami oraz kwartowymi skokami w zwieńczeniach fraz, oplatającymi na przykład ostatnią sylabę wyrazu „drzewka” i słowo „trzy”. Nie brakuje też dystyngowanych ornamentów w wyrazach: „snu” i „dziś”. Uniwersalny tekst to opis bezpiecznego azylu, upragnionego miejsca na ziemi, o którym narrator bez wahania może powiedzieć: „mój dom”. Poetyckie strofy dekorują również malownicze krajobrazy, takie jak barwne opisy przyrody, lub choćby: „zielony liść na szklanki dnie”. Ekspresyjne, gitarowe solo, objawiające się tuż przed ostatnią zwrotką, cechuje rozedrganie szorstkich, przenikliwych dźwięków. Z kolei na samym końcu powyższy instrument wykonuje baśniowe glissanda, czyli płynne prześlizgnięcia pomiędzy dźwiękami. Gdy z galanterią wybrzmi ostatni akord, raz jeszcze daje o sobie znać intymny fragment na wskroś księżycowego dzieła Debussy’ego, przypominający dyskretnie odwieczną prawdę, iż światło zawsze gdzieś powinno świecić w ciemności. Nie da się przecież ot tak zgasić księżyca.

Album Luna Tomasza Budzyńskiego urzeka mnie najczystszym pięknem dwunastu melodyjnych kompozycji. Olśniewające partie wokalne obfitują w melancholijne półtony, majestatyczne całe tony oraz witalne tercje, a większe skoki, takie jak kwarty, determinują uroczysty charakter. Tomasz Budzyński zachwyca wyrazistym, głębokim, dźwięcznym jak dzwon tembrem, a także wykonawczą precyzją skomplikowanych skoków interwałowych oraz emocjonalnym rozwibrowaniem podniosłych zakończeń fraz. Niebywałym atutem są także niebiańskie harmonie wokalne, swym bogactwem rozjaśniające przystępne motywy głównych melodii. Rockowy sznyt to specjalność hałaśliwych płaszczyzn gitary elektrycznej, etniczność i wirtuozeria wyróżniają finezyjne partie perkusji, pierwiastek jazzu wprowadzają trąbka i kontrabas, a klasycyzujące zabarwienie jest zasługą łkających pejzaży wiolonczeli i natchnionego, fortepianowego cytatu z impresjonistycznej tradycji, który definitywnie domyka płytę. Jeśli macie ochotę zapoznać się z opisanymi przeze mnie powyżej, barwnymi utworami, spróbujcie wejść w ten ożywczy świat, pełen olśniewających, malarskich wizji, dostarczających sowite zaplecze w codziennej walce duchowej oraz dających nadzieję na lepsze jutro.

TAGS
Agata Zakrzewska
Warszawa, PL

Muzyka jest moją największą pasją, gdyż żyję nią jako słuchaczka, ale też wokalistka, wykonując przede wszystkim piosenkę literacką i poezję śpiewaną z własnym akompaniamentem fortepianowym. Cenię piękne i mądre teksty, zwłaszcza Młynarskiego, Osieckiej czy Kofty.