Płyty

Doznanie przystępnych melodii z nutką nostalgii

14 listopada 2025
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że warte uwagi płyty rodzimych wykonawców rosną ostatnio jak grzyby po deszczu. Jednym z takich albumów jest niewątpliwie solowy debiut Michała Wiraszki, znanego z zespołu Muchy. Tytuł płyty to determinowana upływem czasu, barwna konstatacja – Tak młodo się nie spotkamy, a muzyczną zawartość stanowią melodyjne piosenki, okraszone poetyckimi tekstami, z których bije tęsknota za dawnymi czasami, ale też radość z tego, co może przynieść przyszłość.

Album Tak młodo się nie spotkamy liczy 11 kompozycji, które stylistycznie wcale nie odbiegają od muzyki, jaką Michał Wiraszko przez ostatnich 20 lat tworzył z zespołem Muchy. To jednak w żaden sposób nie jest zarzut z mojej strony, dobrze mi w tym bezpretensjonalnym, piosenkowym świecie wokalisty. Warto zwrócić uwagę, że Wiraszce towarzyszy mnóstwo nietuzinkowych gości, o których wspomnę podczas omawiania konkretnych piosenek. Nie brakuje też muzyków, znanych z jego macierzystej formacji, takich jak wspaniały basista Michał Drozda, czy gitarzyści Michał SzturomskiPaweł Krawczyk. Recenzowane wydawnictwo rozpoczyna przebojowy utwór pod tytułem Dwie wieże. Z rozczuleniem wyławiam tytułowe nawiązanie do Tolkienowskiej fantastyki, choć sam tekst w żaden sposób nie odnosi się do niej, to raczej rozliczenie podmiotu lirycznego z przeszłością. Przełomowe wydarzenia, niektóre formatywne wyłącznie dla samego narratora, większość jednak trwale mająca wpływ na historię naszego kraju, ozdabia ascetyczna oprawa muzyczna. Słychać symetryczne, sześciodźwiękowe motywy, nierzadko domknięte dostojnymi, kwintowymi skokami, na przykład na dwóch ostatnich sylabach słowa „dyskoteki”. Nie brakuje również charakterystycznego dla wykonawstwa Michała Wiraszki podkreślania i przyciemniania głoski „s” w słowie „nastoletnie”. Tekstowy potok pokoleniowych zmian dobitnie puentuje refreniczne pytanie: „jak to jest naprawdę stawać się człowiekiem”. Liryzm akompaniamentu instrumentalnego zawdzięczamy malowniczym arpeggiom gitary akustycznej i wytwornym szelestom tamburynu, które później nikną w gęstwinie perkusyjnego pulsu oraz kostropatych współbrzmień gitary elektrycznej. Przez moment pojawia się także chrapliwie klaksonowy saksofon Karola Goli, ponadto gdzieniegdzie wypływają na powierzchnię nośne, stadionowe wokalizy Justyny Jarzębińskiej. Kolejny przebojowy singiel zatytułowany jest Zawsze tam, gdzie ja. Ekspresję zapewniają gitarowo-syntezatorowe warstwy, wykreowane przez Pawła Krawczyka oraz Michała Szturomskiego. Rozjaśnioną kanonadami klawiszowych klekotów linię melodyczną nabudowują melancholijne, tercjowe odległości wespół z repetycjami pojedynczych dźwięków. Charakterystyczny, kwartowy skok na końcu tytułowych wyrazów dodaje im dostojności. Olśniewająco prezentują się też etniczne wokalizy Justyny Jarzębińskiej oraz ekspresyjne, gitarowe solo, pełne zadumanych glissand, czyli miękkich prześlizgnięć pomiędzy dźwiękami. Balladowy nastrój wprowadza kompozycja Najprościej, kołysząca nas w miarowym rytmie walca. Rozmarzenie melodii wokalnej odrobinę przyciemniają szmerowe stukoty perkusji, a śpiewność symetrycznych motywów tworzą niewielkie odległości pomiędzy dźwiękami. Ekspresja jest domeną gitary elektrycznej oraz saksofonu, natomiast precyzją wykonawczą oczarowuje rozległy, sekstowy skok, oplatający pierwszą i drugą sylabę tytułowego słowa. Aurę brzmieniową całości wzbogacają rozedrgane, klawiszowe plamy, przeradzające się potem w wielowarstwowe, hymniczne płaszczyzny. Polecam również wsłuchać się w aksamitne, oniryczne wokalizy, otulające swym ciepłem wiodącą linię melodyczną. Żwawy rytm cechuje utwór Dzień dobry z gościnnym udziałem utalentowanej wokalistki Zuty Mikulskiej. W tej zwartej formalnie piosence jest miejsce na ogrom detali wykonawczych, takich jak rubaszna solówka saksofonu, przeradzająca się później w awangardowe powarkiwania, czy schematyczny, jaskrawy rys akordowy, którego gitarowo-basowa galopada żarliwie wtóruje melodiom obojga wokalistów. Przede wszystkim jednak na uwagę zasługuje tu refreniczny szlagwort: „wyjedźmy stąd jak najprędzej”, otoczony dyskretnymi harmoniami wokalnymi, zaśpiewanymi prosto, ale niezwykle celnie. Z gorzkiej warstwy słownej ochoczo wyłuskuję nieoczywisty, polsko-angielski rym: „zdziwi”-„TV”.

To co kochasz, to co znasz ma w sobie silny pierwiastek jazzującej pulsacji. Linia melodyczna olśniewa motywiczną symetrią, a także hejnałowymi, tercjowymi skokami oraz dźwiękowymi repetycjami. Przenikliwe współbrzmienia klawiszy kontrastują z iście bluesowymi pejzażami gitary. W  ostatnich refrenach wiodące motywy Wiraszki dubluje dyskretna poświata wokalu Krzysztofa Zalewskiego. Mocnym punktem albumu Tak młodo się nie spotkamy jest piosenka Awatary. Tekst rozprawia się z wszechobecnym umaszynowieniem otaczającej nas rzeczywistości. Rzeczoną automatyzację perfekcyjnie obrazuje miarowy puls perkusji i motoryka klawiszy. W pierwszej zwrotce i refrenie linię melodyczną prowadzi Wiraszko, urzekając całą paletą zwiewnych, witalnych dźwięków. Od drugiej zwrotki nastrój posępnieje, bowiem do głosu dochodzi mroczny baryton Lecha Janerki. Jego nasycone niskimi częstotliwościami frazy moim zdaniem wzorcowo nakreślają zblazowanie podczas nierównej i niestety coraz częstszej walki człowieka z maszynami. Wieszczone przez Janerkę prognozy dojmującej i bezdusznej długowieczności przestrzennie rozlewają się po kanałach, kreując z lekka archaiczny sznyt. Począwszy od kolejnego refrenu obaj wokaliści śpiewają unisono, imponując spójnością swych wyrazistych tembrów. Formalne zaskoczenie stanowi perliste, fortepianowe solo, upstrzone jazzującymi motywami w wysokim rejestrze. Uroczyste zwieńczenie utworu należy zarówno do wirtuozowskich, pojedynczych dźwięków klawiszy, jak i pogodnych, gęstych akordów powyższego instrumentu, wzbogaconych malowniczymi płaszczyznami, swoim brzmieniem imitującymi smyczki. Żwawa kompozycja Nie przepraszam to gorliwe i katarktyczne rozliczenie podmiotu lirycznego z przeszłością. Szerokie (głównie kwartowe i kwintowe) skoki kontrastują choćby z piramidami mrocznych półtonów na słowach: „za czymś jeszcze tęsknić”. Partię wokalną kolorują przestrzenne arpeggia gitary, a przed ostatnim refrenem rzeczony instrument uskutecznia orientalną, wręcz awangardową solówkę, przesiąkniętą gęstwiną kostropatych motywów. Energicznie repetowane dźwięki z gracją otaczają kulminacyjne wykrzykniki w wyrazach: „nie przepadam”. Piosenkę 15. południk rozpoczynają krystalicznie czyste i niezwykle charakterystyczne gitarowe melodie absolutnego mistrza w swym fachu – Jana Borysewicza. Śpiewna partia wokalna obfituje w (najczęściej sześciodźwiękowe) lapidarne motywy, których ciepły, radosny nastrój tylko incydentalnie przyciemniają udramatyzowane półtony. Końcowe interludium Borysewicza upiększa zmysłowa wokaliza, oparta na sylabie „la”.

Najbliższa mi kompozycja na recenzowanej płycie nosi figlarny tytuł Lalabaj. Rzeczone słowo w języku angielskim oznacza kołysankę, lecz co ciekawe Wiraszko z rozmysłem spolszczył jego pisownię. Sielankowy nastrój kształtuje już instrumentalny wstęp, gdzie onirycznej melodii gitary wtórują marszowe kaskady perkusyjnych uderzeń wespół z delikatnymi, tamburynowymi terkotami. Partia wokalna składa się z niewielkich odległości pomiędzy dźwiękami, a narrator słów prosi bliską mu osobę o zabranie go do bajkowego miejsca, w którym odnajdzie azyl i odpowie sobie na wątpliwości: „czy człowiekiem się jest, czy się bywa, czy staje”. Zresztą ostatni wyraz przywołanej frazy przyjemnie dla ucha rymuje się z liczbą mnogą słowa tytułowego, czyli „lalabaje”. Kunsztowny refren fascynuje rozległością skomplikowanych wykonawczo oktawowych skoków, oplatających choćby ostatnią sylabę słowa „któregoś” i wyraz „dnia”. Do refleksji skłaniają też nie pozostawiające żadnych złudzeń szlagworty, na przykład: „nie będzie żadnych drugich szans, to wszystko się wydarza raz”. Niektóre zwrotkowe motywy wokalista śpiewa tercję wyżej, dla przykładu podam: „są wyryte na skale”. Akompaniament instrumentalny nierzadko zdobią dźwięczne niczym gong płaszczyzny klawiszy. Nie brakuje też szczypty rockowej ekspresji za sprawą chropowatych motywów gitary, a ornamentalne, kobiece wokalizy kreują bajkowe rozmarzenie. Atrybutem lirycznego zakończenia piosenki są intymne frazy, niezwykle subtelnie zaśpiewane przez wokalistę a cappella, choć odrobinę przyciemnione gardłową chrypką. Nie chciałabym w żaden sposób zbyt detalicznym komentarzem strywializować niezwykle istotnego manifestu, który Wiraszko zatytułował wymownie Nic osobistego. Słychać tu kobiece głosy w językach, które jednoznacznie kojarzą się z dotkniętymi wojną krajami – Ukrainą oraz Strefą Gazy. Rozlewającemu się stereofonicznie po kanałach, bolesnemu strumieniowi słów akompaniują m.in. szmerowe stukoty perkusji, a także zgrzytliwe pojękiwania gitary. W zadumanym refrenie Wiraszko ze smutkiem piętnuje ludzką obojętność: „udajesz, że nie widzisz, kiedy odwracasz wzrok, znowu podnosi głowę zło”. Spośród nieco zagłuszonych hałaśliwą muzyką zdań dwujęzycznego dialogu, udało mi się wyłapać rozdzierający serce fragment po ukraińsku, głoszący, iż na dotkniętych wojną terenach kwestie militarne kosztują znacznie więcej niż ochrona zdrowia. Epilog całej płyty to iskierka nadziei i apoteoza przyszłości, skryta pod tajemniczym tytułem Dni, które przed nami. Symetrycznej, zwrotkowej melodii sprzyjają radosne, opadające skoki o sekstę wielką, obejmujące na przykład część słów: „ładny dom”. Ponadto tytuł całego albumu mruga do nas oczkiem w wersie: „nie spotkamy się młodsi”. Bajkowe wokalizy na samogłosce „u” kontrastują z ognistym, uniwersalnym wykrzyknieniem: „ja wciąż kocham to miasto”. Śpiewne, tytułowe wyrazy ozdabiają zamaszyste arpeggia gitary akustycznej. Bluesowe zamglenie to specjalność wysokich rejestrów gitary elektrycznej. Potęgę i afirmację życia dostrzegam z kolei w uroczystej, wręcz hymnicznej solówce saksofonu, która wraz z przestrzennymi glissandami wokalnymi oplata pełną ciepła, wielokrotnie repetowaną frazę: „coś nas trzyma tu”.

Na albumie Tak młodo się nie spotkamy Michał Wiraszko prezentuje całą paletę dźwiękowych barw. Wpadające w ucho melodie spaja ciepły głos wokalisty, a teksty nasycone są tęsknotą za dawnymi czasami, ale i nadzieją na jeszcze choć kilka świetlistych momentów w przyszłości. Narrator w tytułach umiejętnie i bez ogródek flirtuje z tradycją sprzed lat, nawiązując w nich do kultowych piosenek Lady Pank, Brygady Kryzys, czy Marka Grechuty. Zaproszeni goście wnieśli mnóstwo charakterystycznych twórczych patentów, a wszyscy instrumentaliści udekorowali wiodące melodie wielowarstwowymi, intrygującymi pejzażami. Jako że wciąż we współcześnie tworzonej muzyce odczuwam deficyt urodziwych linii melodycznych, bez reszty daję się ponieść tym przystępnym, niepozbawionym nostalgicznej głębi kompozycjom.

TAGS
Agata Zakrzewska
Warszawa, PL

Muzyka jest moją największą pasją, gdyż żyję nią jako słuchaczka, ale też wokalistka, wykonując przede wszystkim piosenkę literacką i poezję śpiewaną z własnym akompaniamentem fortepianowym. Cenię piękne i mądre teksty, zwłaszcza Młynarskiego, Osieckiej czy Kofty.