Doznanie symfoniczno-rockowych pejzaży, otoczonych potęgą emocjonalnego wokalu
Dziś chciałabym się z Wami podzielić mnóstwem mistycznych wrażeń, jakie wywołał we mnie koncert zespołu Florence + The Machine w ramach tegorocznej edycji Open’er Festival. Był to mój czwarty koncert charyzmatycznej Florence Welch, ale zdecydowanie najpiękniejszy i najbardziej dojrzały pod względem artystycznym. Dźwięczny wokal liderki grupy fascynował zarówno potęgą brzmienia, jak i liryczną intymnością, a plemienność rockowego instrumentarium łączyła się z filharmonicznym powabem harfy, klawiszy oraz skrzypiec.
Ekspresyjny początek koncertu Florence + The Machine zawdzięczamy kompozycji Everybody Scream, stanowiącej tytuł nie tylko najnowszej płyty formacji, lecz także światowej trasy koncertowej, promującej owo wydawnictwo. Zaanonsowana piosenka urzekła mnie żywiołowością perkusyjnego pulsu oraz przepełnioną skandowanymi dźwiękami melodią z pierwszoplanową rolą zadziornych okrzyków, kontynuowanych przez entuzjastycznie reagującą publiczność. Piękną podróżą sentymentalną do licealnych czasów był dla mnie utwór Shake It Out, którego witalna linia melodyczna, upstrzona sekundowo-tercjowymi odległościami, skrzyła się całą paletą barw podczas subtelnie wykonanej pierwszej zwrotki, ale też stadionowych refrenów, uporczywie repetujących tytułowy szlagwort. Kulminację utworu stanowiła charakterystyczna, zaśpiewana niezwykle precyzyjnie wokaliza, przepełniona klarownością wysokich rejestrów oraz hymnicznością kwartowych skoków. Tutaj też po raz pierwszy dały o sobie znać kunsztowne harmonie wokalne, w ramach których gęstwina chóralnych współbrzmień perfekcyjnie współgrała z głosem Florence Welch. Chóralna przestrzeń pomogła zresztą wokalistce w piosence Spectrum, w której niestety zabrakło mi efektownych, wysokich dźwięków, upiększających przebojowy refren. Artystka wprawdzie zmyślnie zmieniała melodię, jednak zbyt jestem przywiązana do studyjnego oryginału sprzed piętnastu lat, by móc te fluktuacje zaakceptować. To drobne, stricte muzyczne rozczarowanie zrekompensowały mi inne utwory, będące w mojej opinii na najwyższym poziomie wykonawczym.
Kompozycja o złożonym tytule Rabbit Heart (Raise It Up) zachwyciła mnie filuternymi ornamentami harfy, a także siłą rażenia powtarzanej frazy: „this is a gift”. Z kolei niezwykle ważna dla mnie piosenka You Got the Love została tym razem ubrana w rockową szatę chropowatych akordów gitary elektrycznej. Dynamikę utworu kształtowały gwałtowne zwolnienia tempa, a łagodne fragmenty kontrastowały z tytułową frazą, ubarwioną mnóstwem plastycznych ozdobników wokalnych, niepozbawionych emocjonalnego rozedrgania. Warto w tym miejscu odnotować, że każdą piosenkę poprzedzała malownicza, instrumentalna introdukcja, pełna iście symfonicznych, natchnionych motywów klawiszy, harfy i skrzypiec. Wspomniane interludia pozwalały choć na chwilę złapać oddech w tym szaleńczym, dźwiękowym pędzie.
Za najbardziej wzruszające momenty relacjonowanego wydarzenia uważam trzy kompozycje – King, Howl oraz Never Let Me Go. Pierwszy z wymienionych utworów ma prostą, zwrotkowo-refrenową konstrukcję, a obecne w wersji koncertowej klawiszowe motywy, spowite stałym rytmem perkusji, pozwoliły pełniej wybrzmieć tym śpiewnym, pogodnym dźwiękom, dążącym do przystępnej, kulminacyjnej wokalizy. Bez trudu dałam się ponieść żwawej pulsacji oraz motywicznej symetrii piosenki Howl, gdzie wykwintny, opadający motyw z gracją otula refreniczny, tytułowy wyraz. Szczególnie wzruszająca chwila, która pozostanie ze mną do końca życia, to zjawiskowe wykonanie tęsknej ballady Never Let Me Go. Najpierw śpiewna melodia zwrotek rozbrzmiewała przy ascetycznym akompaniamencie klawiszowych akordów. Stopniowo aurę brzmieniową zaczęły zagęszczać dyskretne chórki, a pierwsze repetycje tytułowego słowa rozległy się już przy wtórze miarowego rytmu perkusji. Atrybutem zapadającego w pamięć, śpiewnego refrenu, były precyzyjne, sekstowe skoki na początku niektórych fraz, a także dystyngowane melizmaty, czyli szerokie ozdobniki. Po drugim refrenie nastąpiła pauza, wypełniona gromkim aplauzem widowni. Po chwili wokalistka delikatnie zaintonowała kolejny refren, z którego bezpośrednio wypłynęły motoryczne powtórzenia tytułowej frazy. Początkowo należały one do chórku, z czasem przejęła je wokalistka a cappella, by na samym końcu ową błagalną złotą myśl powierzyć rozentuzjazmowanemu tłumowi.
Moim ulubionym fragmentem najnowszej płyty Florence + The Machine był niewątpliwie utwór Sympathy Magic. Taneczną żywiołowość podbijały rozklekotane stukoty perkusji wespół z industrialnymi, klawiszowymi przestrzeniami. Wokalistka wraz z publicznością gromkim chórem odśpiewywała powtarzane słowa: „what else”, ściskając dłonie niektórych szczęśliwców. Tuż przed wykonaniem swego największego przeboju, zatytułowanego Dog Days Are Over, artystka poprosiła publiczność o schowanie telefonów i uniesienie rąk ku górze. Większość przychyliła się do owej prośby i z rękami wzniesionymi do nieba przeżyła opisywane dzieło, skacząc w rytmie charakterystycznych, nieco poszarpanych uderzeń perkusji. Moją uwagę przykuły tu ponadto baśniowe współbrzmienia harfy oraz ekstatyczny, przesiąknięty pogodą ducha refren, olśniewający dźwiękowymi repetycjami oraz finezyjnymi ornamentami wokalnymi. Zwieńczeniem koncertu była dynamiczna kompozycja Free, gdzie zarażającą radością melodię podkreślał taneczny puls perkusji. Wspaniale było poczuć tę uwalniającą siłę, najwyraźniej słyszalną w surowych, przesiąkniętych jaskrawością wysokich rejestrów motywach wokalnych.
Koncert Florence + The Machine w ramach Open’er Festival 2026 był dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Z rozkoszą wsłuchiwałam się w szerokie spektrum możliwości wokalnych Florence Welch, której charakterystyczny tembr zachwycił mnie wykonawczą ekspresją, ale i galanterią liryzmu. Niepodrabialnej, z lekka mrocznej barwie artystki towarzyszył zarówno rockowy sznyt gitarowo-perkusyjnych dźwięków, jak i symfoniczna klarowność harfy, skrzypiec oraz klawiszy. Muzyczną przestrzeń zagęszczały ponadto niepozbawione szczypty orientalizmu chóry wokalne, otulające śpiewne, przystępne melodie wykwintnymi współbrzmieniami. Opisywane wydarzenie bez wątpienia mogę określić mianem szamańskiego rytuału, który swą katarktyczną aurą wyzwolił we mnie afirmację życia, niegasnącą nadzieję oraz wiele innych, niezwykle silnych emocji, trudnych do jednoznacznego zwerbalizowania.


